Wspomnienia z lat chłopięcych lata 50-te i 60-te.
Dodane przez ajan dnia Marzec 14 2015 15:08:51
Wspomnienia z lat dziecinnych.

Wspominam z nostalgią lata 50-te, 60-te . Jako dzieci byliśmy podzieleni na grupy: z szosy, koło wygona i z tamtego końca. Wszyscy należeliśmy do grupy wsiowej i mogliśmy bawić się nawet na drodze. Gdy ktoś w stopę wbił sobie się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę denaturatem lub gencjaną. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na wygon. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Ojciec wiedział, że pasek albo bat nauczy zasad bezpiecznej zabawy. Nie chodziliśmy do państwowego ani prywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy, jeśli zaczniemy się uczyć od pierwszej klasy (tzn. od 7 lat). Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Z chorobami sezonowymi walczyła mama albo babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna. Dzięki temu nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia albo mama. Dodam, że nikt nie wysyłał babci do wariatkowa za smarowanie dzieci spirytusem. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, poziomki, maliny na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po zmroku skutkował bezwzględnie karami.
Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice uważali , że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą już do niej wracać, aby dzieci uczyć. Latem chodziliśmy nad sadzawkę w lesie pod Grochówką (teraz już wyschła), nie pilnowali nas dorośli. Jeździliśmy rowerami nad rów tęczkowski albo na tamę na Maciejowicach. Nikt z nas nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć. Zimą któryś ojciec urządzał nam kulig na jednego lub dwa konie, zawsze przyspieszał po zatrzymaniu aby sań nie dogonić i na na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o konar, drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy trochę się baliśmy. Dorośli nie wiedzieli, do czego służą kaski i ochraniacze. Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego (w szkole nie było pedagoga i psychologa). Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a Milicja zajmowała się sprawami dorosłych.
W latach 60-tych po premierze filmu "Krzyżacy"- wyświetlany był na boisku szkolnym,dzieliliśmy się na drużyny, szliśmy do lasu na różne bijatyki i potyczki, kończyły się jeżeli ktoś poleciał z płaczem do domu bo dostał w kolano. Tarcze, miecze i dzidy robiliśmy sami z drewna . Ubiory, habity też. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka. W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli w goście. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać. Pies łaził z nami, bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi. Raz uwiązaliśmy psa na sznurku i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas później na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze. Mogliśmy dotykać inne zwierzęta. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce. Sąsiedzi mieli psa który wabił się Misiek, otwieraliśmy furtkę, drażniliśmy go aby nas gonił a sami uciekaliśmy, jak kogoś dogonił to wsadzał kły w tyłek, później z płaczem do domu, tyłek na stołek, spirytus a koledzy śmieją się za oknem. Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie obsikać lub „tam" nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył po tej czynności rąk. Stara sąsiadka lub dziadek, którą nazywaliśmy wiedźmą, dziadem ganiali nas z laską. Ciągle chodzili na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się im kłaniać, mówić Dzień Dobry. Wszystkim starszym ludziom musieliśmy mówić Dzień Dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień Dobry wymusić. Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka. Za to potem robił nam bańki mydlane z dymem fajki w środku. Fajnie się dym później rozchodził po podłodze jak bańka pękła.
Na wygonie były skarpy, więc my w piachu z boku kopaliśmy tunel (garaż ) na samochód strażacki, który dostał kolega od wujka z Gdańska. Skarpa się obsunęła, kolegę zasypało ledwo żeśmy go odgrzebali. Skakaliśmy w dołach na wygonie na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Do szkoły chodziliśmy jeden kilometr piechotą. Mama twierdziła, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodziła 3 kilometry. Musieliśmy znać tabliczkę mnożenia, kto nie umiał, Pani znaczyła na czole węglem z pieca znak X i wypuszczała na korytarz na przerwę. Uczono nas pisać bezbłędnie (za 3 błędy nie zdawało się wtedy matury z polaka). Przy szkole były ogródki dla nauczycieli, chodziliśmy na warzywa i owoce, jak nas woźny złapał , skutkowało dziesięć "łap" linią. Nikt nie znał pojęcia dysleksji, dysgrafii, dyskalkulii i kto wie jakiej tam jeszcze dys… Nikt nas nie odprowadzał do szkoły. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot.

Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i owczych bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść. Jedliśmy też koks, szare mydło, Akron z apteki, chleb z masłem i solą, chleb ze śmietaną i cukrem, oranżadę do rozpuszczania oczywiście bez rozpuszczania, kredę, trawę, dziki rabarbar, mlecze, mszyce, gotowany bob, smażone kanie z lasu i pieczarki z łąki, podpłomyki, kartofle z parnika, surowe jajka, plastry słoniny, szczaw, lizaliśmy kwiatki od środka. Jak kogoś ukąsiła przy tym pszczoła to pił 2 szklanki mleka i przykładał sobie zimną patelnię. Ojciec za pomocą gwoździa pokazał, co to jest prąd w gniazdku. To nam wystarczyło na całe życie. Jak się ktoś skaleczył, to ranę polizał , nasikał i przykładał liść babki. Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi, ciepłe mleko prosto od krowy, czasami syropy na alkoholu za płotem żeby mama nie widziała, lizaliśmy zaparowane szyby w autobusie. Nikt się nie brzydził, nikt się nie rozchorował, nikt nie umarł. Żarliśmy placek drożdżowy mamy lub babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd. Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem. Bawiliśmy się w klasy, podchody, chowanego, w dwa ognie, graliśmy w wojnę, w noża (oj krew się lała), skakaliśmy na odległość, graliśmy w nogę, dziewczyny skakały w gumę, chłopaki też jak nikt nie widział. Oparzenia po opalaniu smarowaliśmy zsiadłym mlekiem. Jak się głęboko skaleczyło to mama odkażała jodyną albo wodą utlenioną, szorowała ranę szczoteczką do zębów i przyklejała plaster. I tyle. Nikt nie umarł. W wannie kąpało się całe rodzeństwo, później tata w tej samej wodzie. Też nikt nie umarł. Podręczniki szanowaliśmy i wpisywaliśmy na ostatniej stronie imię, nazwisko i rocznik. Im starsza książka tym lepiej. Jak się poskarżyłeś ojcu na nauczyciela to jeszcze w łeb dostałeś. Jedyny czas przed telewizorem to dobranocka i dziennik telewizyjny t to tylko w szkole (bo jeden telewizor był we wsi). Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Po za nimi, wolność była naszą własnością. Wychowywali nas sąsiedzi, stare dziadki, przypadkowi przechodnie, koledzy ze starszej klasy, albo woźny jak już świetlica była zamknięta. Nasze mamy rodziły nas w domu i nasze rodzeństwo normalnie, a po powrocie ze szpitala nie przeżywały szoku poporodowego — codzienne obowiązki im na to nie pozwalały. Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów.
We wsi było kilka sadzawek i rozlewisk(ogrody, budki) zimą graliśmy w hokeja do zmroku, kije hokejowe robiliśmy sami. W latach 70-tych chodziliśmy wieczorami do" Klubu Rolnika" który znajdował sie w Domu Ludowym. W Krzesku było stałe kino, seanse były w każdą niedzielę. Dyscyplina i kultura była prawem starszego i silniejszego, po dobranocce młodzież która chodziła do Szkoły Podstawowej szła do domu spać. Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani. My, dzieci z naszej wsi, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze wiedzieli jak nas należy „dobrze" wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!

Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic
Image and video hosting by TinyPic
Fotografie z lat 50-tych i 60-tych, na podwórku, na wygonie i na boisku szkolnym.

Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic
Drużyna hokejowa i piłki siatkowej.

Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic

Dom Ludowy rysunek Czesława Zbuckiego, gablota z repertuarem i kinooperator Marian Filimon z Krzeska.