Nawigacja
Strona Główna
Artykuły- Dzieje Krzeska i Podlasia .
Galeria fotografii
Linki które polecam.
Forum
Kontakt
Szukaj







Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych użytkowników: 153
Najnowszy Użytkownik: zuzanka
Witam na stronie "Dzieje Krzeska Królowa Niwa".
Image and video hosting by TinyPic Moje hobby: Dzieje Krzeska Królowa Niwa,obyczaje ludowe,historia szkół do których uczęszczałem,fotografia, stare zdjęcia, fotofora, antyki, motoryzacja-stare samochody, drzewo genealogiczne, zwiedzanie nowych nieznanych (ciekawych) miejsc, poznawanie kultur... Strona poświęcona jest Dziejom Krzeska Królowa Niwa- okolic i regionu, historii rodów po mieczu i kądzieli. Praca nad stroną trwa. Będę wdzięczny za wszelkie uwagi. Moja poczta: ajan@tlen.pl. "Każdy z nas śmiertelników podąża drogą życia. To w jaki sposób przez tą drogę przejdziemy, jak skorzystamy z danych nam darów, zależy od nas, od naszego postępowania, uczynków. Zastrzeżenie prawne.Prawa autorskie oraz inne prawa własności intelektualnej do wszystkich treści, fotografii zamieszczonych i zawartych na niniejszej stronie internetowej stanowi zbiór Jana Aleksandrowicza i mogą być wykorzystywane wyłącznie za jego zgodą.Kopiowanie udostępnianych w tym miejscu treści możliwe jest jedynie do użytku osobistego.Podstawa prawna: Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631 z późn. zm.).
 
Wspomnienia Stanisława Orzełowskiego i jego ojca Franciszka z Plewek część I.
Image and video hosting by TinyPic C-1645 Stanisław Orzełowski o sobie: Urodziłem się w 1942 roku we wsi Zdany, gdzie moi rodzice mieszkali okresowo przez dziewięć lat. Jesienią 1945 roku przesiedliliśmy się do wsi Plewki i tu spędziłem całe swoje dziecinne i młodzieńcze lata. W 1949 roku rozpocząłem naukę w Szkole Podstawowej w Tchórzewie, którą ukończyłem w 1956 roku. Po jej ukończeniu zatrzymany zostałem w domu rodzinnym na dwa lata do pomocy mamie, bowiem w 1956 roku tata był umierający. Zatrzymali mnie też dlatego, bo starszego brata Tadeusza mieli zabrać do wojska. Mama zatrzymując mnie, zabiegała jednocześnie i skutecznie o odroczenie służby wojskowej dla Tadeusza, który z urzędu przewidziany był na gospodarza. Na moje pytanie, co ze mną będzie później, odpowiedziała tak:- „może oddamy cię do terminu na kowala lub stolarza”. Tak minęły dwa lata, po których za namową kolegów potajemnie przed rodzicami wysłałem podanie do szkoły górniczej w Katowicach i zostałem przyjęty bez egzaminu.
Jako 15-letni chłopak, we wrześniu 1958 roku wyjechałem w nieznany, daleki świat do Katowic. Drogę przetarli mi koledzy z mojej wsi: Zygmunt Chromiński syn Jana i Stanisław Wacławek, którzy wyjechali tam do szkoły górniczej rok wcześniej. To Zygmunt Chromiński pomógł mi napisać podanie do dyrekcji szkoły, w którym prosiłem, aby przyjęto mnie bez egzaminu. Tak rozpoczęła się moja przygoda z górnictwem. Wszystko, co zobaczyłem po drodze i w Katowicach, było mi nieznane, tajemnicze. Była to moja pierwsza podróż, nigdy wcześniej nie jechałem pociągiem. Zresztą w ogóle zbytnio się od rodzinnej wsi nie oddalałem, może ze trzy razy byłem w Siedlcach. Świat, który zobaczyłem, był dla mnie, wiejskiego chłopca, tak kolorowy, tak wielki, że długo nie umiałem się z tym oswoić. Tęsknota za domem rodzinnym, za rodzicami i rodzeństwem była tak wielka, że listy otrzymywane od mamy (mama pisała listy) czytałem po wiele razy, znając niektóre z nich na pamięć. Moja determinacja, aby wyrwać się z domu i zaistnieć samodzielnie była tak duża, że nie wystraszyłem się kopalni, w odróżnieniu od kilku moich kolegów, którzy razem ze mną rozpoczynali naukę i po kilku miesiącach rzucili szkołę. Ja wytrzymałem, ale tęsknota była dla mnie największym problemem w pierwszym roku pobytu w internacie. Powoli nasiąkałem atmosferą Śląska, coraz bardziej podobało mi się to miasto, pięknie iluminowane kolorowymi neonami, cieszyłem oczy secesyjną architekturą.
Najpiękniejszym okresem mojego sześcioletniego pobytu w Katowicach, był czas mojej dwuletniej przynależności do Harcerstwa. Harcmistrzem moim był pan Witek, pilot szybowcowy, mistrz Polski, zapalony harcerz patriota i wspaniały człowiek. On pokazał mi piękno Ziemi Śląskiej, gdy wspólnie odnawialiśmy szlaki Powstańców Śląskich. Wędrowaliśmy z menażką farby od Oświęcimia po Górę Świętej Anny. To piękne ukształtowanie Ziemi Śląskiej mam do dziś przed oczami. Tu zakiełkowało ziarno mojej pasji turystyczno – historycznej, które żyje we mnie do dziś. Mój harcmistrz Witek zaszczepiał w swoich harcerzach nie tylko miłość do ojczyzny poprzez jej poznanie. Sam był mistrzem szybowcowym, a nas chcąc tym pięknym sportem zarazić, całą naszą drużynę zapisał na kurs szybowcowy. Trenowaliśmy skoki z wieży spadochronowej w Parku Kościuszki w Katowicach, a zajęcia teoretyczne odbywały się na lotnisku w Katowicach-Muchowcu. Niestety, dla mnie kariera pilota szybowcowego skończyła się po roku, gdy na badaniach specjalistycznych we Wrocławiu komisja orzekła, że niewielkie braki w uzębieniu, będą w istotny sposób niekorzystnie wpływać w przeciążeniach w czasie szybowania. Byłem niepocieszony, bo wszyscy pozostali moi koledzy z drużyny otrzymali licencje pilotów szybowcowych.
Górnikiem byłem przez sześć lat. Po ukończeniu trzyletniej ZSZ – podjąłem pracę, jako młodszy wykwalifikowany górnik, na tzw. „dole”. Pracowałem na różnych poziomach wydobywczych od 300 do 600 m pod ziemią przy różnych pracach, tak przy urabianiu węgla, jak i robotach towarzyszących. Między innymi w transporcie drzewa i elementów żelaznych do obudowy chodników. Pracowałem także w ekipie budującej zapory przeciwpożarowe w chodnikach wentylacyjnych. Z racji tego, że pracując uczęszczałem do Technikum Górniczego, mieliśmy zagwarantowaną pracę w trybie dniówkowym, a nie zmianowym. Pracowaliśmy tylko w dzień i w nocy, zaś popołudnia mieliśmy wolne na naukę.
Praca w podziemiach kopalni jest specyficzna, trudna i nie łatwo jest nawet wyobrazić sobie jej złożoność. Ten, kto nigdy się z nią nie zetknął, nie będzie wiedział, na czym ta specyfika polega. Przede wszystkim pracuje się tam w ciemnościach, ze świadomością ciągłego zagrożenia tąpnięciami górotworu, wybuchem gazu i pyłu węglowego. Praktycznie po wyjeździe na powierzchnię, nie jest możliwe za jednym razem wymyć się do czysta. Ten węglowy pył, kurz, tak wchodzi w pory skóry, że nie sposób się go pozbyć. Ponadto po wyjściu z windy dostaje się takiego światłowstrętu, że oczy bolą.
Na koniec osiadłem w Siedlcach. W swoim życiu „posmakowałem” różnego chleba. Znam doskonale trud rolnika, niewdzięczną, krecią pracę górnika i 25-letnią służbę więzienną - bez satysfakcji. Od młodzieńczych lat rzucony jak łupina na morze, daleko od swej rodziny doznałem ogromnej tęsknoty. Niczym, w porównaniu z tęsknotą był fakt, że nie miałem w co się ubrać i co założyć na nogi. Gdyby nie dali nam w szkole mundurów górniczych, w lichym ubranku jechałbym do rodzinnego domu na Boże Narodzenie. Będąc środkowym dzieckiem u rodziców (czworo rodzeństwa przede mną i czworo za mną), mogłem przeżyć i doznać wspaniałego uczucia, jakim jest oczekiwanie na przyjazd starszego rodzeństwa, oraz uczucia, że jest się oczekiwanym przez młodsze rodzeństwo. Takich uczuć mogą zaznać dzieci - tylko z wielodzietnych rodzin, a ja miałem to szczęście.

Z opowieści mego ojca – Franciszka (C-164) Orzełowskiego rocznik 1910 rodem ze wsi Plewki gmina Zbuczyn.
Dla lepszej identyfikacji, w swoich wspomnieniach będę się powoływał na numery indeksu przypisane poszczególnym członkom rodziny, które zostały zawarte w napisanych przeze mnie księgach genealogicznych: „Historia Rodu Orze(y)łowskich 1750-2001”, „Historia Rodu Jasińskich 1750-2005”.

Mój ojciec był człowiekiem o szerokich horyzontach, interesowało go wiele rzeczy w otaczającym świecie. Zarejestrował w swojej pamięci dużo wydarzeń, nie tylko tych, które znał z autopsji, ale również te zasłyszane od ludzi poprzedzających go w życiu. W dzieciństwie z racji uroczystości odpustowych w okolicznych parafiach, wraz ze swoimi rodzicami często odwiedzał krewnych zamieszkujących w dalszej okolicy: -Radzików Wielki, Pióry Wielkie, Wielgorz, Radomyśl, Grodzisk, Dziewule. Podczas tych spotkań wsłuchiwał się w opowieści snute przez rodowych seniorów.
Już w młodzieńczych i kawalerskich latach, zaczął przemieszczać się konno, bryczką, zimą sankami, aby spotykać kolegów, koleżanki, a także młodzież z kuzynostwa, rozsianą po okolicznych wsiach. Bywał nawet w dalekim Rozwadowie koło Ulana, gdzie w 1924 roku wyszła za mąż jego stryjeczna siostra Weronika (C-114) Orzełowska z Grodziska. Bardzo często pojawiał się w Wielgorzu w domu Macieja (C-43) Orzyłowskiego, gdzie serdecznie przyjmowały go jego córki: - Jadwiga, Wanda, Aniela oraz syn Emilian (C-432), który był dla mego ojca autorytetem. Był on starszy od mego taty o trzy lata. Studiował weterynarię na Uniwersytecie Warszawskim. To jego mój tata pytał, dlaczego w naszym rodzie dwojako pisane jest nazwisko: – raz Orzełowski, a raz Orzyłowski. Niestety, Emilian także nie znał przyczyny.
Dopiero przy pisaniu przeze mnie księgi genealogicznej pt. „Historia Rodu Orze(y)łowskich 1750-2001” i przebadaniu dokumentów w archiwach okazało się, że głównym powodem perypetii z nazwiskiem rodowym stał się niefortunny dokument wydany przez władze carskie przedstawicielom naszego rodu w 1853 roku. Poniżej przedstawiam pokrótce historię tego dokumentu.
- W dniu 7 lipca 1836 roku car Mikołaj I, określany w naszej historii jako „polakożerca” (panował w latach 1825-1855), podpisując dekret o „dworiaństwie” (szlachectwie), zastanawiał się, co zrobić, aby przywilejami wynikającymi z dekretu nie obdarzyć polskiej szlachty. Wiemy, że były to czasy, gdy Polska przeżywała tragiczny okres rozbiorów.
Były to lata niespokojne i obfitowały wieloma zrywami powstańczymi. Ludność szlachecka dzieliła losy całego narodu. Powszechnie było wiadomo, że ta część narodu odznaczała się dużym patriotyzmem. Wedle opinii cara i jego otoczenia, odpowiedzialność za wydarzenia lat 1830-31 (Powstanie Listopadowe) ponosiła szlachta polska. Wymyślono więc chytry sposób, żeby pokarać liczną drobną szlachtę, uważaną za „drożdże” wszystkich buntów narodowo-wyzwoleńczych. Sposobem tym miała być weryfikacja szlachectwa. Każdy, kto chciał uchodzić za szlachcica musiał udowodnić przed urzędem Heroldii (Heroldia Królestwa Polskiego – władza rządowa, komisja do rozpatrywania dowodów szlachectwa, czyli legitymacji szlacheckiej, ustanowiona w Polsce po roku 1831, po zakończeniu powstania listopadowego, pierwotnie (od 1832) w formie Tymczasowego Komitetu do Rozpoznawania Szlachectwa. Ukaz carski powołujący Heroldię nosi datę 25 czerwca1836 r.), że któryś z jego protoplastów w linii męskiej przed 1775 rokiem: władał wsią, sprawował godność posła czy senatora, pełnił wyższy urząd państwowy lub został odznaczony Orderem Orła Białego, czy Św. Stanisława. Po wydaniu pozytywnej opinii przez Heroldię, nazwisko osoby wylegitymowanej wpisywano do ksiąg. Praca Heroldii trwała do 1861 roku. Po tym czasie żadne roszczenia do tytułu szlacheckiego nie były w zasadzie uwzględniane. Procedura legitymacyjna była długa i kosztowna. Zdobycie żądanych dokumentów, jeśli nie były one przechowywane w zbiorach rodzinnych, wymagało wielu zabiegów i funduszy. Nie dziwi więc fakt, że wymogom przepisów weryfikacji sprostało niecałe 10% szlachty osiadłej na wsi.
Osoby, które zadośćuczyniły wymogom legitymacyjnym, otrzymywały z Heroldii specjalne, ozdobne świadectwo-dyplom, oczywiście po uiszczeniu „opłaty stemplowej”. I choć szlachectwo dawało niewielkie przywileje, to jednym z najważniejszych była możliwość uzyskania uchylenia od poboru do wojska dla siebie i dzieci, o ile osoba zainteresowana weszła i pozostała w carskiej służbie cywilnej przynajmniej dziesięć lat. Przepis ten zamieniał uciążliwą i długoletnią służbę w armii rosyjskiej na służbę w aparacie administracyjnym. Wiązał więc szlachtę z państwem zaborczym. Młodzież szlachecka, która odbywała służbę wojskową, korzystała z przywileju skrócenia czasu służby z 15 do 10 lat. Istniała też dla niej możliwość zdobywania stopni oficerskich. Od 1845 roku szlachectwo decydowało o przyjęciu do gimnazjów oraz dawało możliwość ubiegania się o częściowe anulowanie opłat szkolnych.
Świadectwa-dyplomy o szlachectwie wydane zostały przez Heroldię Królestwa Polskiego wszystkim pełnoletnim członkom rodów, które zdołały się wylegitymować. W naszym rodzie do dnia dzisiejszego zachowały się tylko dwa takie świadectwa. Jedno, wystawione w 1851 roku, a wydane w 1853 roku Tomaszowi (C-1) Orzełowskiemu s. Modesta; i drugie wystawione i wydane w 1855 roku Ignacemu (B) Orzełowskiemu s. Andrzeja. Niestety, w świadectwie-dyplomie o szlachectwie nazwisko wypisano błędnie. Nie zważając na to, że legitymujący się, jak również ich ojcowie i dziadowie mieli w swych aktach urodzenia zapisane nazwisko ORZEŁOWSKI, Heroldia zapisała im w dyplomie – ORZYŁOWSKI.
Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPic
Zanim przystąpiłem do pisania ksiąg genealogicznych (powstały dwie: „Historia Rodu Orze(y)łowskich 1750-2001” i „Historia Rodu Jasińskich 1750-2005” (moja mama pochodzi z tego rodu), z pamięci mego ojca wydobyłem wiele opowiadań. Były do gawędy snute przy różnych okolicznościach, które zapamiętywałem i później skrzętnie zapisywałem w swoich notatkach. Jedna z jego opowieści dotyczyła dużego majątku położonego w obszarze wsi Krzesk, którego właścicielem był pan Zygmunt Ścibor Marchocki. Po sąsiedzku w okolicy wsi Zawady położony był drugi majątek, którym władała Zygmunta siostra – Janina Marchocka.
Z treści tego opowiadania wynikało, że na przełomie XIX i XX wieku, gdzieś około roku 1900, Zygmunt Marchocki popadł w tarapaty finansowe. Nie mogąc znaleźć innego sposobu pozyskania gotówki, postanowił sprzedać 300 ha swego lasu, będącego integralną częścią kompleksu zwanego „Borowiną”. O tym fakcie mało kto wiedział, ja zaś dowiedziałem się od swego ojca - Franciszka, który z kolei powziął te wieści od swego ojca – Tadeusza (C-16) Orzełowskigo.
Image and video hosting by TinyPic Dworek rodzinny Orzełowskich w Plewkach.
A było to tak:
W lutowy poranek 1900 roku Tadeusz (C-16) wyszedł przed dom na drogę wiejską i ujrzał zbliżającą się do niego od strony Szosy Brzeskiej gromadę mężczyzn. Każdy z nich trzymał w ręku na ramieniu ciężką siekierę, wręcz topór. Ci mężczyźni zapytali Tadeusza, czy pozwoli im wejść na podwórko aby mogli się napić wody przy studni. Wówczas mój dziadek Tadeusz powiedział , że gospodyni zagrzeje im wodę, aby nie pozaziębiali się. Jednak oni odmówili twierdząc, że są zahartowani jako drwale, więc zimna woda im nie zaszkodzi. Dziadek zaczął dopytywać, gdzie idą z tymi toporami, a oni zdziwieni, że mieszkaniec wsi Plewki nic nie wie o wielkim wydarzeniu, jakim było sprzedanie 300 ha lasu przez właściciela majątku, leżącego sześć km obok wsi Plewki. Powiedzieli, że pochodzą z Małopolski, z okolic Kielc i zostali zakontraktowani do wyrębu lasu przez handlowca narodowości żydowskiej, który kupił las od Zygmunta Marchockiego z Krzeska. Dziwili się, że w Małopolsce wiedzą o tym wydarzeniu, a w sąsiedniej wiosce nikt o tym nie wie.
Drwale przyjechali z Kielc pociągiem i wysiedli na stacji Dziewule w gminie Zbuczyn, aby dalszą drogę 12 km przebyć piechotą; przez wsie - Łęcznowola, Pogonów, Plewki, Kwasy – do lasu Borowina. Mego dziadka zainteresowały szczególnie te wielkie ich siekiery, więc zapytał, czy byłoby możliwe nabycie od nich takiego narzędzia. Oni odpowiedzieli, że będą wracać po około dwóch tygodniach tą samą drogą, więc będzie taka możliwość, a oni w rodzinnych stronach kupią sobie nowe. I rzeczywiście tak było, gdy drwale wracali po wyrębie lasu, wielu gospodarzy kupiło to narzędzie, w tym i mój dziadek Tadeusz.
Interesującym jest to, że drwale nie mieli pił, tylko siekiery-topory. To narzędzie, które nabył dziadek Tadeusz, służy w rodzinie do dnia dzisiejszego. Zrobione jest z tak dobrej stali, że nie popsuło się, gdy używano tej siekiery do rozcinania drutu zbrojeniowego, przy budowie domu, przez mego brata – Albina Orzełowskiego. Mój ojciec mówił, że do wykonania dobrego narzędzia używano specjalnej stali, której obróbka owiana jest wielką tajemnicą, której nie zdradzano przez setki, a może i tysiące lat. Z literatury wiem, że taką tajemnicą owiana była produkcja białej broni (mieczy i szabel) ze stali damasceńskiej, której proces produkcji nigdy nie został opanowany w Europie.
Gdy się spojrzy na mapę fizyczną, na której widać las „Borowina” koło Krzeska, każdy zauważy, że część lasu sprzedanego Żydom przez Zygmunta Marchockiego, została wydzielona przy pomocy teodolitu, równiutko jak pod sznurek (fot. nr 4). Zastanawiałem się, czy przekazana wiadomość przez drwali memu dziadkowi, że mieli wyciąć 300 ha lasu – jest prawdziwa. Gdy się odniesiemy do mapy, okazuje się, że tak. Wycięte drewno zostało ułożone w sągi (Sąg – rodzaj jednostki miary objętości drewna, która jest stosowana w leśnictwie oraz drzewnictwie. Każdy sąg zawiera stos drewna o objętości 4 m³ (metry przestrzenne) z jednego sortymentu.), a potem wywiezione furmankami. Żydzi kupili las, ale wykorzystali tylko drewno, zaś ziemię po wyciętym lesie porzucili. Z wszystkich drzew na 300 hektarowym obszarze pozostały tylko dwa nieścięte chojary, rosnące na skraju wsi Kwasy. A wszystko przez fakt, że na tych drzewach były zrobione małe kapliczki. Nadzorca drwali zapytał Żyda, czy mają wyciąć także te chojary z kapliczkami, ale odpowiedź była przecząca. Żyd powiedział, że nie będzie się narażał - bogom Gojów (Goj (z hebrajskiego) „naród nie żydowski”. Określenie pojawiające się wielokrotnie w Torze, w zależności od kontekstu, może mieć wydźwięk pejoratywny, wyrażający lekceważenie wobec innowierców lub innych.) i kazał je pozostawić. Stały te chojary bardzo długo, aż uschły. Obecnie stoi tam uschnięty kikut z kapliczką.
Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPic
Gdy organizowałem w 2003 roku Wielki Zjazd dla Rodu Orze(y)łowskich we wsi Plewki (zjechało się na niego z całego świata około 1000 osób), szukałem wówczas w okolicy dużego kamienia, który chcieliśmy postawić na miejscu zjazdu, jako pamiątkę. Moi kuzyni z Wólki Kamiennej podpowiedzieli mi, że mają taki odpowiedni kamień, który wykopali na polu po dawnym lesie, w części Borowiny sprzedanej Żydom w 1900 roku. Kamień zawadzał im przy głębokiej orce, więc wykopali go i odciągnęli do pobliskiego lasu przy wsi Kwasy. Niestety nie zdążyliśmy go zagospodarować, bowiem ktoś go ukradł. Ów kamień miał formę połowy owalnego jaja o wymiarach 100/120 cm. Przypuszczamy, że służył on w zamierzchłych przedchrześcijańskich czasach, jako stół ofiarny w leśnym Świętym Gaju. Musieliśmy poszukać innego kamienia na potrzeby zjazdu. Znaleźliśmy go w żwirowni we wsi Okniny).
Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic
W niedługim czasie po sprzedaży tych 300 ha lasu Żydom (około 1905 r.), Zygmunt Ścibor-Marchocki ufundował spory nadział ziemi na użytek kościelny. Krzesk, jako parafia - została utworzona (w większej części z parafii zbuczyńskiej i częściowo z międzyrzeckiej) przez biskupa podlaskiego - Henryka Przeździeckiego, aktem erekcyjnym z kwietnia 1919 roku. Starania o jej utworzenie trwały bez mała piętnaście lat. Pierwszym proboszczem w kościele w Krzesku mianowany został ksiądz Roman Wilde. Według zapisków znajdujących się w archiwum wyżej wymienionego kościoła, a sporządzonych przez panią Marchocką Janinę, świątynię murowaną wzniesiono w latach 1910-1914 staraniem księdza Romana Wilde z funduszu parafian, zwłaszcza Zygmunta Ścibor-Marchockiego, który ufundował nadział ziemi; pod kościół, plebanię i pod uprawę. W 1919 roku kościół erygowano, a w 1920 konsekrowano. Do parafii należały następujące wsie: Krzesk, Grochówka, Kolonia Kożuszki, Izdebki-Kośmidry, Izdebki-Kosny, Izdebki-Wąsy, Łuby, Łuniew, Maciejowice, Ostoje, Sobicze, Tęczki, Wesółka oraz folwarki: Krzesk i Zawady. W czasie I Wojny Światowej kościół w Krzesku nie doznał większego uszczerbku, natomiast w 1918 roku Niemcy zabrali dzwony z wieży kościelnej. Kościół jest pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej.
Kiedyś zapytałem mego ojca, jak poddani oceniali właściciela majątku – Zygmunta Marchockiego. Powiedział, że to co usłyszał o nim w młodych latach świadczyło, że cieszył się dobrym mirem. Jego postawa podobno była uczciwa, a potrafił także hojnie oceniać lojalność. Przykładem może być sytuacja, która miała miejsce ponoć w lipcu 1920 roku. Gdy od wschodu nadciągała fala Bolszewików, jeden z poddanych (nazwiska mój ojciec nie znał) uratował Marchockiemu stado bydła, umiejętnie chowając je w kompleksie leśnym „Borowina”. Za taką uczciwą postawę i oddanie dla swego pracodawcy, właściciel majątku wynagrodził go nadziałem ziemi.
Po wybuchu II Wojny Światowej, gdy od wschodniej granicy weszła do Polski 17 września 1939 roku Armia Czerwona, Bolszewicy pojmali Zygmunta Marchockiego i wywieźli w głąb Rosji. Okazało się po latach, że podobno znajdował się na liście pomordowanych w Kozielsku, jako NN (osoba nieznana). Po wojnie w 1945 roku posiadłość Marchockich rozparcelowano, a pałac po nich służył za siedzibę władzom gromadzko-gminnym, aż do (prawie) całkowitego wyeksploatowania. W mojej pamięci pozostały wspomnienia, gdy w latach 1950-1956 roku zawożono nas dzieci ze Szkoły Podstawowej w Tchórzewie - do Krzeska, na festyn organizowany z okazji Święta 1-go Maja. Cała uroczystość odbywała się w pięknym przypałacowym parku.
Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic

Stanisław (C-1645) Orzełowski,wychowany we wsi Plewki,
zamieszkały w Siedlcach.
Foto autora i ze zbioru Jana Aleksandrowicza



Dodał:  ajan dnia marzec 12 2018 07:49:56         0 Komentarzy · 110 Czytań · Drukuj
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

JOANNA

Szanowny Panie.Jestem wnuczką Władysława i Jadwigi Starzyńskich,córką Ligii Soćko z domu Starzyńskiej.Pragnę sprostować, że moja mama miała na imię Ligia anie Lidia jak Pan napisał w swoim opracowaniu

ajan

To prawdziwa uczta dla oczu, zobaczyć takie perełki, nie wspominając o walorze sentymentalnym. Baaaardzo Ci za to dziękuję, że jesteś otwarty, że potrafisz się dzielić, że dostarczasz ludziom pozytyw

ajan

Wywodzę się z rodu, którego gniazdem, przynajmniej od 200 lat jest Krzesk. Mój dziad urodził się w Krzesku. Pracuję nad genealogią Pawlaków krzeskich. Może więc przyszedł czas i na Krzesk? Krzysztof

ajan

Witaj Janku ! Tu Ela Ginalska z domu - obecnie Niestryjewska . Mieszkam w Gdańsku - dzisiaj weszłam na stronę Krzeska i jestem zadowolona ,że coś takiego istnieje . Super moje gratulacje.

Piotrek

Witam Panie Janie. Od dłuższego czasu przeglądam Pana stronę.Najbardziej interesuje mnie historia pałacu w Krzesku, dlatego prosiłbym o większą ilość archiwalnych zdjęć. Wiem też że zdjęcia takie posi

niullak

Witam! Poznawanie historii przodków to wciągające zajęcie. I bardzo pouczające. Dlatego z chęcią dowiemy się więcej o naszej rodzinie z Kośmidrów smiley

johns37

Witam Pana Panie Janie!! Napewno Pan mnie nie pamieta i nie kojarzy z nikim. Ja Pana znam jako nauczyciela samochodówki, odo której w latach 70 uczęszczałem oraz widuję czesto Pana na spotkaniach Kl



706,381 Unikalnych wizyt

Powered by PHP-Fusion copyright © 2003-2006 by Nick Jones.
Released as free software under the terms of the GNU/GPL license.
 

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie