Nawigacja
Strona Główna
Artykuły- Dzieje Krzeska i Podlasia .
Galeria fotografii
Linki które polecam.
Forum
Kontakt
Szukaj







Online
Gości Online: 2
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych użytkowników: 105
Najnowszy Użytkownik: opisa
Witam na stronie "Dzieje Krzeska Królowa Niwa".
Image and video hosting by TinyPic Moje hobby: Dzieje Krzeska Królowa Niwa,obyczaje ludowe,historia szkół do których uczęszczałem,fotografia, stare zdjęcia, fotofora, antyki, motoryzacja-stare samochody, drzewo genealogiczne, zwiedzanie nowych nieznanych (ciekawych) miejsc, poznawanie kultur... Strona poświęcona jest Dziejom Krzeska Królowa Niwa- okolic i regionu, historii rodów po mieczu i kądzieli. Praca nad stroną trwa. Będę wdzięczny za wszelkie uwagi. "Każdy z nas śmiertelników podąża drogą życia. To w jaki sposób przez tą drogę przejdziemy, jak skorzystamy z danych nam darów, zależy od nas, od naszego postępowania, uczynków. Zastrzeżenie prawne.Prawa autorskie oraz inne prawa własności intelektualnej do wszystkich treści, fotografii zamieszczonych i zawartych na niniejszej stronie internetowej stanowi zbiór Jana Aleksandrowicza i mogą być wykorzystywane wyłącznie za jego zgodą.Kopiowanie udostępnianych w tym miejscu treści możliwe jest jedynie do użytku osobistego.Podstawa prawna: Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631 z późn. zm.).
 
Maciejowice k/ Krzeska- historia z września 1939 roku.
Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic
Grochowscy z Maciejowic pochowani są na cmentarzu parafialnym w Krzesku.

Zranione dzieciństwo.
Pierwszy wrzesień tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku miał być dla mnie uroczystym dniem rozpoczęcia nauki w gimnazjum . Jednak tego dnia nie ubierałam się w nowy mundurek gdyż rok szkolny został odwołany . Tego dnia hitle-rowskie Niemcy napadły na Polskę . Wczesnym świtem zbombardowano pobliskie mia-sto Kępno (50 km od Ostrowia Wlkp). Rano tato udał się do fabryki po wytyczne . A my pomagamy mamie pakować jedzenie na drogę , gdyż rodziny pracowników Fabryki " Wagon " w Ostrowie Wlkp. były ewakuowane do Pruszkowa , gdzie docelowo miała mieć swoją nową siedzibę fabryka . W południe wraca tato z nieodwracalną decyzją . Wyjeżdżamy . Wszyscy posmutnieliśmy . Co nas tam czeka ? Do dworca nie mieliśmy daleko , więc zebraliśmy bagaże i jeszcze ostatnie spojrzenie za siebie tak jak byśmy chcieli pożegnać nasz dom i ogród pełen dojrzałych owoców . Na bocznym torze stał skład wagonów towarowych wyposażonych w drewniane ławki , przygotowanych do przewozu rodzin pracowników Fabryki " Wagon" . Spotykaliśmy sąsiadów oraz nasze koleżanki . Wszyscy w skupieniu zajmowali miejsca . Między dorosłymi prowadzone były ożywione rozmowy pełne niepokoju i rozterek .
Termin odjazdu kilka razy był zmieniany . W pierwszej kolejności odchodziły pociągi ze zdemontowanymi urządzeniami , maszynami i wyposażeniem fabryki , której nową siedzibą miał być Pruszków . Korzystając z nowego terminu odjazdu rodzice wraz z naszą szesnastoletnią siostrą Irenką wysiadają i idą do domu po bagaże z po-ścielą , z których zrezygnowaliśmy . Minęło niewiele czasu , kiedy z megafonów ogło-szono odjazd za pół godziny naszego pociągu . Zdenerwowane , stojąc na stopniach wagonu wyglądałyśmy za rodzicami . Na próżno nasz pociąg odjechał a w nim my trzy siostry : dziewiętnastoletnia Tosia , ja trzynastoletnia Władzia i dziesięcioletnia Bożenka . Jadąca z nami sąsiadka pani Maria Sikorska z dwoma synkami Stasiem i Zygmusiem oraz staruszką matką pocieszała nas , że na pewno mama i Irenka wsiądą do następnego pociągu i nas dogonią
Zmarkotniałe siedziałyśmy przytulone do Tosi ocierając łzy . Pociąg jechał wol-no , rzadko przyśpieszając za to częściej stawał w szczerym polu . Dojeżdżałyśmy już do Zielkowic k/Łowicza kiedy nadleciały niemieckie samoloty i zbombardowały znajdu-jącą się w pobliżu prochownię. Odłamki bomb spadające na dachy wagonów potęgowały odgłosy detonacji z płonącej prochowni . Serce moje kołatało jakby chciało wyskoczyć z piersi. Pociąg się zatrzymał i pasażerowie zaczęli wyskakiwać z wagonów i uciekać w pole . Tumany dymu z płonącej prochowni zasnuły niebo . Ludzie zakładali maski przeciwgazowe i przerażeni krzyczeli , że Niemcy zrzucili gaz. Odpychane od drzwi jako ostatnie opuściłyśmy wagon . Rozbiegłyśmy się każda w inną stronę , aby jak najszybciej przypaść do ziemi między zagony kartofli . Nad naszymi głowami leciały nisko samoloty i ostrzeliwały ludzi . Kiedy samoloty odleciały i ustał ryk silników ludzie powoli zaczęli podnosić się z ziemi naszym oczom ukazał się ogrom tragedii . Na polach leżało wiele ludzkich ciał , okaleczonych i zabitych . Dookoła rozlegał się krzyk , płacz i nawoływania. Z pokaleczonymi kolanami i rekami zakurzone ale całe i żywe wróciłyśmy do wagonu . Taki był nasz pierwszy chrzest wojenny .
Zapadał wieczór czwartego dnia naszej drogi przez piekło . Dojeżdżałyśmy już do stacji Łuków . Maszynista zwolnił tempo pociągu będąc jeszcze daleko w polu i powolutku jadąc po trzecim torze od strony pól zbliżaliśmy się do dworca .Pierwszy i drugi tor zajęte były już przez transporty z uciekinierami . Nagle do naszych uszu doszedł warkot nisko lecących samolotów . Niemcy rozpoczęli bombardowanie miasta . Ogarnął nas podchodzący do gardła strach i przerażenie . Wyskoczyłyśmy razem z wagonu i popędziłyśmy w pole . Padając na ziemię zasłaniałyśmy rękami głowę . Spadające bomby wybijały fontanny grud ziemi , które spadały zasypując nasze ciała .Przeraźliwy krzyk ludzi mieszał się warkotem silników samolotowych i hukiem bomb wbijających się w ziemię . Scenerii dopełniała pożoga w okolicach dworca kolejowego gdzie zapaliły się składowane obok hałdy węgla.
Po około półgodzinie samoloty zawróciły i odleciały Długo jeszcze leżałyśmy nieruchomo czekając aż umilknie warkot samolotów . Idąc w stronę pociągu Tosia otrzepywała z ziemi płaszcz , który zarzuciła na siebie leżąc na ziemi . Poprawiała rękaw , który jak zauważyła został rozerwany szrapnelem . Niewiele brakowało aby siostra nasza została nim ranna . Zbliżając się do pociągu oczom naszym ukazał się przerażający widok . Wagon którym my podróżowałyśmy trafiony przez bombę wypadł szyn i przechylił się jedną stroną na bok zawisł kołami w powietrzu , ponad metr nad torami . Wszędzie słychać było jęki rannych , nawoływania o pomoc rozlegały się ze wszystkich stron .
Na widok ten zapytałam Tosię co teraz będzie z nami . Co odważniejsze kobiety podchodziły pod wagon aby wydobyć swoje bagaże . Również Tosia wdrapała się do wagonu i wyrzucała na pobocze nasypu bagaże nasze i pani Sikorskiej. Kiedy już pozbierałyśmy w jedno miejsce walizki oraz pakunki ruszyłyśmy wraz z rodziną pani Sikorskiej w stronę drogi . Widok ten mimo zapadającej już nocy był zatrważający . Potrzaskane i poprzewracane furmanki , porozrywane konie rżały konając w męczarniach . Porozrzucane ludzkie ciała pomiędzy rozrzuconymi bagażami . Były to ofiary z wcześniejszych pociągów , które odjeżdżały pierwszym kursem furmanek . Nakazem władz gminy właściciele furmanek mieli obowiązek rozwiezienia w bezpieczne miejsca i zapewnienia lokum zbombardowanych podczas ewakuacji rodzinom pracowników Fabryki " Wagon " .
My siostry wraz z bliskimi pani Sikorskiej zostałyśmy zawiezione przez go-spodarza do jego domu w Trzebieszowie . Gospodyni udostępniła nam pustą izbę wy-ścieloną słomą . Tam przespaliśmy niespokojnie noc , bo z oddali słychać było odgłosy toczonej walki pomiędzy resztkami oddziałów wojska polskiego z niemieckim najeźdźcą . Bałyśmy się pozostać w tej wsi . Trzebieszów była to duża wieś z kościołem murowanym , szkołą początkową , pocztą , sądem gminnym oraz urzędem gminy . Po południu stałyśmy przed domem nie wiedząc co ze sobą zrobić i dokąd pójść . Gdy na drodze pojawiła się furmanka ze starszym gospodarzem na koźle , pani Sikorska zatrzymała go i opowiedziała jak się tutaj znaleźliśmy oraz poprosiła aby nas stąd zabrał bo się boimy tutaj zostać .
Był to pan Józef Grochowski - gospodarz z małej wioski Maciejowice . Chętnie zgodził się zabrać nas do siebie . Załadował na wóz nasze bagaże , Stasia , Zygmusia i matkę pani Sikorskiej oraz mnie i Bożenkę . Tosia i pani Sikorska szły obok furmanki . Późnym wieczorem dotarliśmy do domu gospodarza , który nas trzy siostry zatrzymał u siebie , a dla rodziny pani Sikorskiej załatwił pokój po drugiej stronie drogi. Córka pana Grochowskiego, Gienia przyjęła nas z całego serca. Od razu naszykowała nam kolację : serzeń (nieodciśnięty ser ) posypany grubo cukrem i chleb . Pan Grochowski był wdowcem . Mieszkali z nim : dwudziestopięcioletnia Gienia , dzie-więtnastoletni Zygmunt i szesnastoletni Kostek . Pan Józef był najbogatszym gospoda-rzem we wsi Maciejowice .
Dom parterowy , drewniany , pokryty słomą . Połączony razem z chlewem . Stajnia murowana kryta dachówką dawała schronienie dwóm koniom i krowie . Dom składał się z jednej izby i kuchni .W izbie był piec z okapem w którym piekło się chleb oraz stół , krzesła , drewniana ławka , kanapka obita ceratą , łóżko drewniane rozsuwane wyścielone słomą . W tym łóżku my spałyśmy Tosia od ściany , Bożenka w środku a ja z brzegu . W kuchni był piec , stół , drewniane krzesła i ławki oraz cebrzyki z wodą . W rogu kuchni stał worek z kartoflami , który służył w nocy Gieni śpiącej na podłodze za podpórkę . W sieni stała drabinka po której wchodziło się na stryszek . Tam spał gospodarz z synami . Nie miałyśmy pieniędzy aby zapłacić gospodarzowi za pobyt i jedzenie , więc pomagałyśmy jak potrafiłyśmy . Bożenka i ja obierałyśmy kartofle , smażyłyśmy słoninkę do obiadu , później zmywałyśmy naczynia . Najbardziej lubiłyśmy ubijać masło mimo , że robiły nam sie bąble na dłoniach ale za to mogłyśmy oblizywać ubijak ze świeżym masełkiem . Nasza starsza siostra chodziła wraz z gospodarzem w pole kopać kartofle . Za to przy obiedzie dostawała do kartofli polanych grubo tłuszczem ze skwarkami kubek śmietany gdy pozostali pili mleko kwaśne . Wszyscy jedliśmy kartofle z jednej dużej miski . Obie z Bożenką podbierałyśmy je od spodu i wtedy skwarki z kopca kartofli spadały nam na dół a my zagarniałyśmy je łyżkami . Za domem był mały sad . Na drzewach pozostawiono po kilka jabłek na urodzaj . Ale obie ogołociłyśmy je w krótkim czasie . Tosia widząc nasze łakomstwo pożyczyła pięć złotych od pani Sikorskiej . Poszłyśmy piechotą do takiej dużej wsi Tęczki zamieszkałej w większości przez ludność żydowską . W sklepiku kupiłyśmy za całe pięć złotych dużą torbę jabłek . Właściciel sklepiku Żyd z przerażeniem wypytywał nas skąd jesteśmy oraz czy widziałyśmy po drodze wojsko niemieckie . Bardzo serdecznie i po matczynemu opiekowała się nami córka gospodarza pani Genia. Chodziłyśmy na msze popołudniowe aby ludzie sie nie zorientowali skąd my jesteśmy. W każdą niedzielę Gienia zabierała nas do kościoła do odległej miejscowości Krzesk- Królowa Niwa . Chodziłyśmy chętnie . Zawsze mogłyśmy zobaczyć po drodze coś nowego w nieznanej nam okolicy . Sam kościół robił na nas wrażenie . Zwłaszcza figury umieszczone na murach kościoła jakby zapraszały wędrowca do jego wnętrz . Wysokie , strzeliste okna a przede wszystkim ołtarz zachwycały nas . Kościół ten bardzo ciepło wspominam , ma swój urok i jakbym bliżej była Boga. Podziwiałam piękno tego kościoła.
I tak czas płynął bez wieści o rodzicach i Irence. Nadszedł dzień siedemnaste-go września 1939 r. Stałam z siostrą w ogródku przy samym płocie przed domem od strony drogi tęsknie wyglądając a nuż pojawią się rodzice . Tymczasem naszym oczom ukazała się spora grupa żołnierzy rosyjskich , w szarych do kostek mantylach , z karabinami na sznurkach . Ponieważ byłyśmy same w domu , bo Tosia z gospodarzami była w polu, z duszą na ramieniu czmychnęłyśmy do pani Sikorskiej . Rosjanie zajęli wieś Maciejowice . Żołnierze rosyjscy zajęli pobliskie pola , gdzie wykopali sobie głębokie doły , które wyścielili sobie słomą zabraną gospodarzom i tam spali . Jednak niezadowoleni z tego gospodarze złożyli na to skargę dowódcy i żołnierze musieli oddać słomę poszkodowanym . Do domu pana Grochowskiego zakwaterowano sześciu rosyjskich oficerów . Pamiętam z nich tylko trzech Wanię , Griszę i Bronisława . Ponieważ izba była tylko jedna , nanieśli słomy na podłogę i spali pokotem na wyciągnięcie ręki obok naszego łóżka . Na stole pod oknem w rogu izby ustawili radiostację przez którą odbierali rozkazy i nadawali swoje informacje . W ciągu dnia część z nich wychodziła z domu i wracali tylko do spania .
Niewiele z nami rozmawiali bo ich " razgawory " nas śmieszyły a Tosia nie raczyła wchodzić z nimi w rozmowy . Ponieważ jedyny we wsi sklepik został za-mknięty bo już nic nie miał do sprzedania , Gieni brakowało zapałek . Za jej też namo-wą wychciewałyśmy zapałki od oficerów . Kiedy Rosjanie dowiedzieli się od gospoda-rza , że nie jesteśmy jego córkami tylko uchodźcami z Ostrowa Wlkp . zaczęli nas traktować bardzo ciepło i bardzo serdecznie . Nazywali nas " tri myszyce " . Opowiadali pokazując zdjęcia żon i dzieci o swoich rodzinach , o wspaniałym życiu w Związku Radzieckim . Na co my wychowane na propagandzie antyradzieckiej nie wierzyłyśmy w ich opowieści mówiąc im ,że w naszych gazetach czytałyśmy , że w tym raju Lenina półnagie dzieci jedzą końskie ścierwo , a rodzicom odbiera się dzieci do sierocińców . Oficerowie zaśmiewali się z naszych wiadomości .
Wysoki Grisza nosił Bożenkę na barana a ona obijała głowę o sufit niskiej izby . Oficerowie sami przyrządzali sobie posiłki . Kiedy smażyli gulasz z kupionego ze świniobicia mięsa zawsze zapraszali do jedzenia mnie i Bożenkę . Tosię omijali z daleka z powodu jej olbrzymiej niechęci do nich . Któregoś dnia jeden z oficerów wyjął z kieszeni munduru polski banknot dwudziestozłotowy i bawił się nim składając i rozkładając przede mną . Poprosiłam go żeby dał mi ten banknot . Ze śmiechem na twarzy podarł go na cztery części i podał w moją stronę . Ogromnie uraził moją dziecięcą dumę ten kacap Popatrzyłam na niego z pogardą i odeszłam . Wówczas Grisza wziął od niego ten podarty banknot , taśmą przezroczystą skleił i dopiero przepraszając za tamtego dał mi te pieniądze .
Dwudziestego ósmego września 1939 r. Rosjanie spakowali swoją radiostację i opuścili wieś i jej mieszkańców . Wychodząc z domu przygrozili gospodarzowi , żeby dbał o nas i dobrze traktował , bo oni jeszcze wrócą i gdyby spotkała nas jakaś krzywda to policzą się z nim . A nam obiecali , że wrócą po nas i zabiorą ze sobą do Kraju Rad . Byłyśmy bardziej przerażone tą obietnicą aniżeli gospodarz ich groźbą .
Rosjanie wyszli piechotą ze wsi Maciejowice , za to na ich miejsce wjechali na motorach Niemcy , jednak się nie zatrzymali na dłużej. Powoli minął wrzesień . Zaczął się październik miesiąc różańcowy . Wieczorami do domu Grochowskich przychodzili krewni i młodzież z sąsiedztwa . Odmawialiśmy różaniec a później młodzi żartowali , opowiadali różne historie . Gienia wspominała wojnę 1920 r. jak to jej mama ukryła ją w pokrzywach przed okrutnymi Moskalami . Chłopcy nas zagadywali a kiedy my się uśmiechałyśmy to oni mówili że miejskie dziewuchy to dzikie , a Gienia naciągała nasze krótkie sukienki tłumacząc , że nie można pokazywać goleni. Siódmego października spadł pierwszy śnieg . Powoli skończyły się prace w polu . Tosia postanowiła , że będziemy codziennie wychodzić na drogę prowadzącą do Międzyrzeca Podlaskiego . I tak przez kilka dni wychodziłyśmy pełne nadziei, że spotkamy kogoś znajomego . Zatrzymywałyśmy mężczyzn pytając czy zna naszego tatę . Siadałyśmy na rowie i czekałyśmy tak przez aż zapadał zmierzch . Wracałyśmy smutne ale rano znów pełne nadziei wychodziłyśmy , że dzisiaj Pan Bóg zlituje się nad nami i postawi na tej drodze człowieka , który pomoże nam wrócić do domu . I stało się . W zbliżającym się mężczyźnie Tosia poznała kolegę taty , pana Kubackiego . Wracał on do Ostrowa Wlkp . do domu . Zapisał sobie miejsce naszego pobytu i obiecał zawiadomić naszego tatę jak tylko dotrze do domu . Ile to będzie trwało nie obiecywał , gdyż pociągi jeszcze nie kursowały. Piętnastego października 1939 r. pani Sikorska powiedziała nam , że ruszyły już pociągi i ona wraz z rodziną wraca do domu . Tosia zadecydowała , że my również wracamy . Powiedziała Gieni , że wyjeżdżamy . Ponieważ nie miałyśmy przy sobie pieniędzy Tosia dała Gieni trzy metry białego płótna jaki był spakowany w naszych bagażach . Gienia dała nam worek utkany przez nią na krosnach , do którego spakowałyśmy nasze bagaże , gdyż nasze walizki podczas bombardowania wagonu uległy uszkodzeniu . Na drogę upiekła nam bochen chleba i dała krajankę białego sera . Długo się żegnaliśmy z Rodziną Grochowskich , która była dla nas jak najlepsza rodzina , troskliwa i opiekuńcza . Pan Józef Grochowski zaprzągł konie do furmanki , załadował bagaże i nas wszystkich i odwiózł rano do Siedlec na dworzec kolejowy . Odprowadził nas do pociągu jadącego do Łodzi . Pomógł wsiąść do przedziału . Pożegnaliśmy się już ostatni raz , dziękując bardzo serdecznie za okazane serce , opiekę i bezinteresowną pomoc . Do Łodzi dojechałyśmy po południu . Pociągi z cywilami dalej nie jechały . Puszczane były tylko transporty wojskowe . Tosia z panią Sikorską wynajęły dla nas pusty pokój przy ulicy Piotrkowskiej , w którym przenocowaliśmy . Rano po śniadaniu poszłyśmy na dworzec kolejowy Łódź Kaliska dowiedzieć się kiedy ruszą pociągi dla ludności . Stałyśmy we trójkę na ulicy z zadartymi głowami patrząc do góry na perony na które wjeżdżały pociągi z cywilami W pewnej chwili wśród mężczyzn zobaczyłyśmy naszego tatę jak przechodził przez tory z rowerem . Zaczęłyśmy bardzo głośno wołać i tato nas usłyszał . Radości i łzom wzruszenia nie było końca . Ja i Bożenka trzymałyśmy tatę za ręce . Tosi został rower do prowadzenia . Po drodze tato opowiadał nam , że pan Kubacki , którego spotkałyśmy jak tylko dotarł z tułaczki do Ostrowa Wlkp. to pierwsze kroki skierował do naszych rodziców , aby zawiadomić , że nas spotkał i gdzie przebywamy . Tato zgłosił w dyrekcji urlop na sprowadzenie odnalezionych córek . Dostał pismo że wszystkie firmy transportowe mają obowiązek udzielić wszelkiej pomocy przy przewozie dzieci z Maciejowic do Ostrowa Wlkp. Tato wyposażony w to pismo i rower dojechał w dniu piętnastego października pociągiem do Siedlec . A dalej rowerem do Maciejowic . Kiedy odszukał dom pana Józefa Grochowskiego dowiedział się od Gieni , że właśnie dzisiaj rano gospodarz odwiózł nas do Siedlec . Jadąc rowerem z powrotem do Siedlec tato spotkał po drodze wracającego już pana Grochowskiego , który potwierdził , że odwiózł nas i osobiście umieścił w pociągu Tato podziękował bardzo serdecznie za opiekę nad nami Jeszcze jedną noc przespaliśmy w Łodzi i rano dzięki pismu taty mogliśmy bez przeszkód wrócić pociągiem do domu , w którym czekała na nas kochana mama i siostra Irenka.
Wojna odcisnęła swoje piętno nie tylko na dzieciństwie . Również młodość przyniosła traumatyczne przeżycia . Zostaliśmy wyrzuceni z własnego domu , który zajęła rodzina niemiecka . Tato będący powstańcem wielkopolskim został wyrzucony z Fabryki " Wagon" przez niemiecką dyrekcję . Musiał ukrywać się na wsi u dalekiej rodziny przed niemieckimi prześladowaniami . Pod koniec 1943 r. zostałam wywieziona na roboty do Niemiec . Ciężka praca w fabryce zbrojeniowej z daleka od bliskich i ciągła niepewność co przyniesie każdy następny dzień , czy zobaczę jeszcze swoją ro-dzinę .
Jesienią 1945 r. wróciłam do domu do Ostrowa Wlkp. Nie był to niestety mój rodzinny dom , gdyż teraz mieszkał w nim ważny ubek ze swoją rodziną . Nowa władza
w Polsce sterowana z Moskwy wprowadzała swoje nowe zasady i prawa życia . Moja siostra Tosia działająca podczas wojny w konspiracji w obawie przed aresztowaniem w lipcu 1945 r. wraz z mężem wyjechała do Wrocławia . Udało im się jakoś urządzić w tym poranionym tak samo jak moja rodzina mieście . Dojechaliśmy do nich i święta Bożego Narodzenia 1945 r. spędziliśmy bardzo ubogo ale nareszcie wszyscy razem. Od tej pory to niemieckie miasto stało się gniazdem rodzinnym moim i moich sióstr . W tym mieście urodziły się nasze dzieci , wnuki i prawnuki . Tutaj są groby naszych bliskich a więc jest to nasza mała ojczyzna .

Władysława Moch - Baranowska z Wrocławia
Wszystko skończyło się dobrze ,tylko dlatego że na ich drodze stanął jak anioł pan Grochowski i jego wspaniałe dzieci. Mama mówiła o nich zawsze " to cisi bohaterowie ,o których zasługach wie tylko Pan Bóg". Tak pokrótce nakreśliłam Panu przeżycia mojej wówczas trzynastoletniej Mamy. Niestety nie mamy żadnych zdjęć z tego okresu. Jeśli uzna Pan,że historia ta jest na tyle ciekawa, że warto o niej napisać na stronie Krzeska to pozosta-wiam to do Pana decyzji. Może warto aby młodzi parafianie Krzeska dowiedzieli się jakich wspaniałych parafian wydała ziemia maciejowicka, parafian którzy boskie przykazania sto-sowali tak pięknie w swoim życiu, nie czekając na ziemską zapłatę. Wszystkie trzy siostry zmarły na udar mózgu . Tosia *1920+1987, Władzia *1926+2012, Bożenka *1929+2009. Wspomnienia te spisała córka K. Baranowska w siedemdziesiątą rocznicę tamtego września aby nie uległy zapomnieniu i nigdy się nie powtórzyły.

od autora:
Po rozmowie z kuzynami w Maciejowicach Pani Gienia Grochowska miała brata Zygmunta i Kostka, obaj osiedlili się w Lublinie i tam pozostali. Miała siostrę Irenę która wyszła za mąż do Leszczanki.Miała też siostrę Czesławę która wyszła za Pawła Płudowskiego(1913-1942) i zamieszkali w Maciejowicach (przesyłam foto ich syna Józefa Płudowskiego). Pani Gienia Grochowska wyszła za mąż też za Grochowskiego Stanisława, zamieszkali w Maciejowicach, miała córkę Marysię zam w Siedlcach, córkę Czesławę-Lublin i córka Teresa z męża Podsiad zam. Maciejowice.Rodzice pani Gieni to Apolonia i Józef Grochowski, w tym czasie (1939 rok) Józef był wdowcem.
Dodał:  ajan dnia kwiecień 28 2017 14:59:19         0 Komentarzy · 126 Czytań · Drukuj
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

ajan

To prawdziwa uczta dla oczu, zobaczyć takie perełki, nie wspominając o walorze sentymentalnym. Baaaardzo Ci za to dziękuję, że jesteś otwarty, że potrafisz się dzielić, że dostarczasz ludziom pozytyw

ajan

Wywodzę się z rodu, którego gniazdem, przynajmniej od 200 lat jest Krzesk. Mój dziad urodził się w Krzesku. Pracuję nad genealogią Pawlaków krzeskich. Może więc przyszedł czas i na Krzesk? Krzysztof

ajan

Witaj Janku ! Tu Ela Ginalska z domu - obecnie Niestryjewska . Mieszkam w Gdańsku - dzisiaj weszłam na stronę Krzeska i jestem zadowolona ,że coś takiego istnieje . Super moje gratulacje.

Piotrek

Witam Panie Janie. Od dłuższego czasu przeglądam Pana stronę.Najbardziej interesuje mnie historia pałacu w Krzesku, dlatego prosiłbym o większą ilość archiwalnych zdjęć. Wiem też że zdjęcia takie posi

niullak

Witam! Poznawanie historii przodków to wciągające zajęcie. I bardzo pouczające. Dlatego z chęcią dowiemy się więcej o naszej rodzinie z Kośmidrów smiley

johns37

Witam Pana Panie Janie!! Napewno Pan mnie nie pamieta i nie kojarzy z nikim. Ja Pana znam jako nauczyciela samochodówki, odo której w latach 70 uczęszczałem oraz widuję czesto Pana na spotkaniach Kl



647,254 Unikalnych wizyt

Powered by PHP-Fusion copyright © 2003-2006 by Nick Jones.
Released as free software under the terms of the GNU/GPL license.
 

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie