Nawigacja
Strona Główna
Artykuły- Dzieje Krzeska i Podlasia .
Galeria fotografii
Linki które polecam.
Forum
Kontakt
Szukaj







Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych użytkowników: 151
Najnowszy Użytkownik: Kajetus
Witam na stronie "Dzieje Krzeska Królowa Niwa".
Image and video hosting by TinyPic Moje hobby: Dzieje Krzeska Królowa Niwa,obyczaje ludowe,historia szkół do których uczęszczałem,fotografia, stare zdjęcia, fotofora, antyki, motoryzacja-stare samochody, drzewo genealogiczne, zwiedzanie nowych nieznanych (ciekawych) miejsc, poznawanie kultur... Strona poświęcona jest Dziejom Krzeska Królowa Niwa- okolic i regionu, historii rodów po mieczu i kądzieli. Praca nad stroną trwa. Będę wdzięczny za wszelkie uwagi. Moja poczta: ajan@tlen.pl. "Każdy z nas śmiertelników podąża drogą życia. To w jaki sposób przez tą drogę przejdziemy, jak skorzystamy z danych nam darów, zależy od nas, od naszego postępowania, uczynków. Zastrzeżenie prawne.Prawa autorskie oraz inne prawa własności intelektualnej do wszystkich treści, fotografii zamieszczonych i zawartych na niniejszej stronie internetowej stanowi zbiór Jana Aleksandrowicza i mogą być wykorzystywane wyłącznie za jego zgodą.Kopiowanie udostępnianych w tym miejscu treści możliwe jest jedynie do użytku osobistego.Podstawa prawna: Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631 z późn. zm.).
 
Wspomnienia Romana Główniaka- czapnika z Krzeska.
Image and video hosting by TinyPicImage and video hosting by TinyPicImage and video hosting by TinyPic

Opracowano na podstawie rozmowy wnuczki Karoliny z dziadkiem Romanem. Fotografie ze zbioru Główniaków i Jana Aleksandrowicza.

Wspomnienia o Żydach
Żydzi przychodzili do naszej wioski. Dwójka żydowskich dzieci chodziła ze mną do czwartej i do piątej klasy. Jeden chłopczyk nazywał się Jankiel, a jak nazywała się dziewczynka - nie mogę sobie, niestety, przypomnieć. Dobrze się uczyli, byli przyzwoitymi ludźmi. Pamiętam, że wychodzili z klasy podczas lekcji religii. Nie wiem, kim byli ich rodzice. Myślę, że może czymś handlowali, tak jak inni. Ubierali się normalnie. Ona nosiła piękną sukieneczkę, on natomiast zawsze zakładał marynareczkę i spodenki. Styl ich ubioru był nadzwyczaj elegancki, w porównaniu do strojów innych dzieci. Zachwycali mnie swoją czystą polszczyzną.

Image and video hosting by TinyPic

z Kroniki Czesława Zbuckiego.

Kiedyś ludzie jeździli też rowerami, ale niewielu używało tego transportu - rowery były bardzo drogie. Rower niemieckiej marki Mifa kosztował 250 złotych. Bardzo elegancki. W Krzesku dwóch gospodarzy miało rowery, kolejny doszedł, gdy Jan Danielak też sobie kupił, ale dopiero wtedy, gdy został wójtem. Pamiętam, że jego rower miał kierownik przekręcony do dołu, sportowy. Podnosząc go do góry, kierował nim w taki sposób, jakby jechał na krowie, tak można powiedzieć .Jankiel i jego koleżanka mieszkali w Grochówce, wsi oddalonej od Krzeska o trzy kilometry. Znałem stamtąd również starszą żydówkę, która szczęśliwie mogła jeszcze chodzić o własnych siłach. Joskowa była dobrą kobietą, to było widać. Z każdym grzecznie się porozumiewała. Jeśli chodziło o Żydów, to oni w ogóle byli grzeczni. Nie słyszałem, żeby jakiś żyd coś ukradł. On mógł oszukać człowieka. Ale kraść? – nic nie ukradł.
Najwięcej Żydów poznałem, gdy jeździłem na rynek do Międzyrzeca Podlaskiego. Dzisiaj jest tam skwerek, uliczki, zadbany teren. Kiedyś na rynek przynosili ubrania, buty, garnki, miski, co tylko mieli. Mama miała już znajomych Żydów, nazywała ich kupcami. Nie „tykała” ich tak jak inni, zawsze darzyła ich szacunkiem. Pamiętam, że kupowaliśmy tam buty, nie mogliśmy znaleźć dla mnie takich kamaszy, miały krótkie, sznurowane cholewki. Żydówka ze straganu zabrała mnie do siebie. Mieszkała na Szmulowiznie. Kiedy mi się przypomniało, że Żydzi łapią małe dzieci na macę, to włosy stanęły mi dęba, czapka na głowie mi się podniosła. Byłem bardzo szczęśliwy, gdy wróciłem do mamy z tą Żydówką, czułem się już bezpieczny.

Image and video hosting by TinyPicImage and video hosting by TinyPic

Żydzi w Plewkach i Krzesku.

Podczas wojny woziłem Żydom z Lubelskiej mąkę żytnią, bo nie mieliśmy pszenicy, mimo to pewna Żydówka była bardzo zadowolona. Z mąki robiła wspaniałe kluski żytnie.
Pamiętam, że za okupacji niemieckiej również w Międzyrzecu był taki Franek - zresztą u nich dużo było takich „Franków” - szedł z dużym psem i kiedy ktoś mu się nie ukłonił, to do niego strzelał.
Kiedy zacząłem mieć problemy z zębami, pojechałem do bardzo dobrej dentystki. Kiedy nadchodziły wojska rosyjskie, uciekła z Międzyrzeca, bo prawdopodobnie była Niemką. Nazywała się Maria Hekmaier-Kłosowiakowa. Mieszkała na górce, na Lubelskiej. Kiedy skończyła się wizyta, wyjechałem, bo byłem rowerem. Musiałem jeszcze coś załatwić, bo za Niemców prowadziłem zakład czapniczy (szyć uczyłem się jeszcze przed wojną, w Zbuczynie; w 1942 r. Niemcy zabili mojego majstra, kiedy miał zebranie konspiracyjne w Siedlcach koło Pomnika Matki Boskiej Kodeńskiej).
Gdy opuściłem gabinet dentystki, to złapał mnie łapacz. W pewnej chwili wyczułem od niego wódkę. Powiedziałem mu:
- Jak się pan upił, to niech pan idzie się wyspać i niech pan ludzi nie zaczepia na ulicy.
Jak on to usłyszał, zmierzył mnie wzrokiem i chciał mnie uderzyć w policzek, ale uchyliłem się i uderzył mnie w usta, naruszył mi ząb. Zalałem się cały krwią. Na rowerze miałem swoją trzcinową laskę i uderzyłem go. Chciałem się bronić dalej i zamierzałem uderzyć go jeszcze raz, ale ktoś mi tę laskę z ręki wytrącił. Stanął nade mną ogromny mężczyzna i powiedział:
- Uuu, to z nami się tak nie robi.

Z drugiej strony stał Niemiec, widocznie po cywilnemu, i nakazuje ludziom:
- Brać go! Brać go!
Zaprowadzili mnie do Arbeitsamtu, wypytali kim jestem, co robię, ile mam ziemi. Miałem około pięciu hektarów, ale powiedziałem, że mam dziesięć, bo kto miał więcej hektarów, to go tam nie zabierali. Ale nic by mnie to nie uratowało, gdybym nie był chory na nogę, a że byłem, to postanowili mnie wypuścić. Kiedy wyszedłem, na ulicy znalazłem pompę z wodą i postanowiłem umyć zakrwawioną twarz. Chwilę później pojawili się obok znajomi Żydzi i pytali, co mi się stało.Takie miałem historie za Niemców. Żydzi nie byli tak złymi ludźmi. Byli kombinatorami, handlarzami, człowieka mogli oszukać tak jak Cyganie, ale jak poprzednio wspominałem, nie byli złodziejami. Krążyło powiedzonko: „Idą jak Żyd - jeden za drugim.” Żydzi byli żydami. Jeśli któryś był biedniejszy, to mu kupili koszyk, włożyli mu tam parę igieł, parę nici, jakieś agrafki, jakieś spinki, guziki i mówili: „Idź handluj i zarób sobie!”. Nie zostawiali swojego człowieka bez chleba. Niektórzy handlowali koszyczkami, różnie to było - czym mogli, tym handlowali. Skupowali gęsi, kury, owce, cielęta. Jak mogli, tak żyli. Przed wojną nikt nie miał żadnej emerytury, więc i starsi musieli zarabiać sami na siebie. Wspomniana przeze mnie Joskowa, nosiła bułki i chałki. Przychodziła i stukała w okno, pytając: „Czy pani co potrzeba? Czy pani co potrzeba?” - było potrzeba. Mama czasem kupowała nam bułki od Joskowej. Nie wiem, czy sprzedająca sama gdzieś kupowała te bułki, czy może je piekła. Pewnie sama, bo kupować i sprzedawać, to się im nie opłaciło. Dzisiaj cukierki nie smakują jak te bułki! Były bardzo smaczne, bo człowiek był młody. Bułka była obecna w naszym życiu od czasu do czasu, nie na co dzień. Na co dzień był chleb razowy, który każda gospodyni piekła w domu - jedna to potrafiła, druga nie. Kajzerki nie kosztowały drogo: były po 5 groszy, a większe kosztowały 10. Przeważnie 5 groszy, bo tyle to każdy znalazł i jakoś dzieci obdzielił. Przedwojenne życie nie było słodkie. Polska była pod okupacją przez 123 lata, nie dało rady, żeby to wszystko się tak podniosło, od razu na wysokim poziomie.
Żydzi sprzedawali mydło, proszek do prania. Nazywali to „bielidło”, była to nieoczyszczona soda, żółta, pakowana w dużych kawałkach. Nie pamiętam, ile dokładnie kosztowało mydło, ale było drogie. Jedno nazywało się „Szychta” i na każdym kawałku był odciśnięty jeleń w biegu, natomiast mydło z wieżą pochodziło z fabryki mydła i świec "Adamczewski i S-ka" na Grodzieńskiej w Warszawie. Jak mydło było świeże, to suszyliśmy je na piecu, żeby mniej zużywać. U Żydów kupowało się też nici i małe krawieckie nożyczki „Singera” - to były bardzo dobre nożyce. Mama kupowała od nich igły, bo była krawcową. Mieli też sprężynowe nożyce do strzyżenia owiec, agrafki, spinki do włosów, broszki, kwiatki. W Międzyrzecu tylko Żydzi mieli sklepy. Mój znajomy z Krzeska ożenił się z dziewczyną z Międzyrzeca i otworzył tam polski sklep wielobranżowy. Można było kupić u niego między innymi cukier, mydło, naftę. Żydzi sprzedawali rzeczy taniej niż w sklepie. Towar brali gdzieś z hurtowni, chcieli zarobić tylko kilka groszy. Czym zajmowali się poza handlem? Najwięcej było krawców i szewców, znałem też kilku fryzjerów. Szewcami byli u nas także Polacy. Znałem jednego starszego człowieka, nazywał się Aleksander Kozłowicz z Krzeska - bardzo fajny człowiek. Miał wielką cierpliwość do swojej pracy.
A w sąsiednich Plewkach, był farbiarz. Nazywali go Siulko. Farbował przeważnie nici. Talki - jak to nazywali. To kiedyś było potrzebne, bo kobiety przędły na kółkach, robiły krosna (były do tego specjalne warsztaty), same robiły płótno na koszule czy kalesony, na pościel, poszwy, na pierzyny. Robiły piękne płótno. Czasem któraś niewiasta miała specjalne kółko. Jak obrobiła dobrze len, było cieniutkie. Bardzo ładnie to wyglądało. Len był bardzo zdrowy, bez problemu wchłaniał pot z koszul zmęczonych rolników. Ci mieli kiedyś bardzo ciężką pracę, na roli kosili kosami. Osobiście nie pamiętam, jak kosili sierpami, ale ojciec mi opowiadał, że tak kiedyś było. Ery sierpowej nie pamiętam!
Mój znajomy Żyd mawiał:
- U was, jak się dziecko urodzi, to tak zaraz rękami, rękami, rękami, a u nas, jak się dziecko urodzi, to tak głową, głową, głową. Miał na myśli, że Polacy są stworzeni do pracy. Tak mi pokazał na jedną i na drugą stronę, że "glową, glową, glową”, rękami nie, oni do roboty nie, tylko "glową".
Roześmiałem się i mówię, że gdyby oni rękami nie robili, to i ta "glowa" by nic nie pomogła.
Inny znajomy Żyd mawiał, człowiek i tak krótko żyje i jeszcze będzie robił?
Jeden musi pracować na tego, który nie pracuje tylko robi "glową" i jeszcze go oszukuje.
Żydzi mało co robią. Rzemieślników było wśród nich pełno, ale żeby tam był jakiś cięższy rzemieślnik? - to nie było. Kiedyś nie było jakichś tam urządzeń. Żyd nie był stolarzem czy kowalem. On był jakimś przemytnikiem, on jakieś skóry kupował. Żyd nie był takim, który by robił chomąto. To jest ciężka praca. Jeśli chodzi o stosunek nauczycieli do Jankiela i jego koleżanki, to nie zauważyłem, aby w jakiś sposób ich wyróżniali czy specjalnie ganili.
Odkąd mój znajomy otworzył sklep w Międzyrzecu, to Polacy zachowywali się solidarnie, przychodzili właśnie do sklepu mojego znajomego, a nie do Żydów. Ustawiali się w kolejce, czasami na sto osób, masz ty głowę! Raz kiedyś mamy nie było w domu, więc sam zawiozłem mąkę żydówce z Międzyrzeca. Wiatr na drogę był pomyślny, zapakowałem na rower około piętnaście kilogramów tej mąki i ruszyłem. Żydówka była bardzo wdzięczna, podarowała mi brązowe pantofle, bardzo ładne. Były trochę zbyt ścisłe, ale jakoś wytrzymywałem. Co się stało z nią i jej rodziną, tego nie wiem. Pewnego razu za okupacji niemieckiej kupowaliśmy z bratem węgiel w Międzyrzecu, szczęśliwie Niemcy nas nie złapali. Wracaliśmy do domu furmanką. Kiedy dotarliśmy do domu, pewien człowiek opowiedział nam, że grupę Żydów wyprowadzono na rynek i odbyła się prawdziwa rzeź.
Farbiarz z Plewek, nazywali go Siulko, miał dwie piękne córki. Jedna z nich, Peśka, blondynka, wysoka… Przychodziła do nas, bo po sąsiedzku mieli sad. Spotkał ją bardzo ciężki los. Została zamordowana przez policjanta W. Miał całe usta złotych zębów. Kiedy się roześmiał wyglądał jak jakiś lucyfer. Był niedobrym człowiekiem, ale jak kiedyś partyzanci spuścili mu manto, to trochę się uspokoił…,ale on zamordował tę Żydówkę.
U nas w Krzesku też zabili jednego Żyda, bo w sąsiedniej wiosce mieszkał mężczyzna, który był konfidentem i wydał go. Przybiegła do nas do domu dziewczynka, u której w domu żydzi szyli kożuchy. Konfident długo ich obserwował i dał znać Niemcom. Ci przyjechali, otoczyli dom i zastrzelili jednego Żyda u rodziny J....., za stodołą.
Miał chyba dwanaście czy trzynaście lat. Reszta jakoś się schowała i Niemcy nikogo więcej nie złapali. Tę gospodynię, u której Żydzi mieszkali, i tę dziewczynkę, która przybiegła do nas, by opowiedzieć co się stało, straszliwie pobili.
W tej chwili bardzo zacząłem się bać, bo my również przetrzymywaliśmy Żyda. Miał około czterdziestu lat. Przyszedł do nas w samą Wigilię, chyba w 1942 r. Był u nas do końca wojny. Otworzył dwoje drzwi, a my nic nie słyszeliśmy. Wszyscy byliśmy zgromadzeni wokół kuchni, bo było straszliwie zimno. Za okupacji niemieckiej ogółem zimy były okropne. Mrozy dochodziły do czterdziestu stopni, nawet więcej w niektóre dni. Zimy były nadzwyczaj śnieżne. Kiedy mama szła po wodę, Żyd stał w kącie koło pieca. Kiedy go zauważyła, bardzo się przestraszyła, ale dała mu później taką dużą, największą blachę chleba. Było w tej blasze może dziesięć kilogramów chleba. Dała mu równie wielki placek i kapustę, dostał duży kawałek mięsa.
Chociaż religia zabrania im pokarmów mięsnych, nie zważał w czasach strasznego kryzysu na to, co jadł. Żyd, który u nas mieszkał, nazywał się Sane. Handlował cielętami. Wcześniej mieszkał w Grochówce. Chwalić Boga, nikt nas nie wydał, my nikomu nic nie mówiliśmy i jakoś przeżył ten człowiek u nas. Mama była bardzo odważną kobietą. Od nas nikt nie wyszedł głodny. Kiedy uciekinierzy i wysiedleńcy ruszali z zachodu na wschód Polski, to odwiedzali nas w domu. Naprawdę, nikt nie wyszedł głodny! Mama była bardzo litościwa, wrażliwa na głód ludzki i nędzę, jak mogła, tak każdego ratowała. Ten Żyd wyszedł ze stodoły, kiedy ojciec mu powiedział, że wojska rosyjskie do nas przyszły. Tata szedł kilka kroków za nim. Za wcześnie mu jednak o tym powiedział. Gdyby powiedział wieczorem, to Żyd poszedłby w nocy i byłoby większe prawdopodobieństwo, że nikt go nie zauważy. Podszedł do pewnej kobiety z tłumu zgromadzonego przed naszym domem i powiedział:
-Tyś mi nie dała chleb, ona mi dała chleb. Ty mi wszystko zabrałaś!
Odszedł, nawet nie podziękował i ja mu się wcale nie dziwię, że tego nie uczynił. Później wyjechał do Argentyny i stamtąd przesyłał najprawdopodobniej listy do tych, którzy zajęli jego dom rodzinny, aby go spłacili. Nie wiem, jak ta sprawa się potoczyła.
W sąsiedniej wiosce po drugiej stronie Krzeska też byli Żydzi. Nie wiem, jak tam oni przeżyli. Ich też pewnie ten policjant wystrzelał. Opowiadał mi pewien człowiek, że kazali mu wieźć żyda furmanką. Wieźli go do lasu drogą koło kościoła. Ten Żyd podobno mówił:
- Jaki ten piękny świat. Jak to słońce ładnie świeci…
A ten W. rozstrzelał go w lesie.

Image and video hosting by TinyPicImage and video hosting by TinyPicImage and video hosting by TinyPic

foto 1. Ojciec Józef i Roman w roku 1928 foto 2. Dom Józefa i podwórko foto 3. Krystyna i Roman ślubne.


Wspomnienia o rzemiośle i rolnictwie.
Urodziłem się w 1920 r. w Krzesku Królowa Niwa. W czasach przedwojennych fakt urodzenia się na wsi przesądzał o losie młodego człowieka. Dlatego wybrałem ścieżkę życiową rzemieślnika? Rodzice zaakceptowali mój wybór. Wtedy zawód czapnika przynosił mi satysfakcję.
Mając piętnaście, może szesnaście lat, wyszedłem ze szpitala. Miałem gruźlicę kości. Musiałem podjąć się jakiegoś rzemiosła. Moja mama była krawcową i już jako dziecko jej pomagałem. Kiedy skończyłem osiemnaście lat, postanowiłem poszukać jakiegoś krawca, u którego mógłbym pobierać naukę. Mój ojciec udał się do rzemieślnika z Krzeska i poprosił, żeby przyjął mnie na ucznia. Ten odpowiedział:
- Panie Józefie, nie mogę przyjąć pańskiego syna, ponieważ przyjąłem ostatnio dwóch pracowników i nie będę miał dla wszystkich pracy. Jeden był z Krzeska Starego, a drugi, Czesław, z Szydłówki (wiem, że został bardzo dobrym krawcem). Zastanawiałem się, co by mu szkodziło mieć jednego ucznia więcej. Może bał się konkurencji?
Udałem się do Franciszka Wierzejskiego do Zbuczyna. Człowiek ten szył jesionki i palta kierownikowi szkoły w Krzesku. Chętnie mnie przyjął, ponieważ wiedziałem już wiele rzeczy, gdyż pod czujnym okiem mamy bez problemu szyłem i w okamgnieniu nawlekałem nitki. Latem 1938 r. dojeżdżałem do Zbuczyna, natomiast na zimę zostałem u niego. 21 marca 1939 r. była mobilizacja i zabrali mi majstra do wojska. Wrócił przed samą wojną. Miałem się do niego udać, ale wybuchła wojna. Przez czas okupacji nie mogłem u niego być.
Chciałem pozostać w Warszawie u krawca, u którego pracowałem miesiąc. Ale powiedział mi, że nie mogę się zatrzymać. Dał mi jednak adres do swojego znajomego, który potrzebował ucznia. Krawiec nazywał się Olejnik, nie pamiętam już, niestety, jego imienia. Mieszkał na ulicy Królewskiej, bodajże pod szóstym numerem. Powiedział mi, że tydzień temu już ktoś się do niego zgłosił i nie może mnie przyjąć. Może to i dobrze, ponieważ w Warszawie nie mogłem się wtedy zameldować.
Pierwszą czapkę uszyłem dla siebie, więc nie zarobiłem nic. Miałem wtedy około dziewiętnastu lat. Była na styl dzisiejszej czapki sportowej i muszę przyznać, że całkiem dobrze mi wyszła. Najlepszą zapłatą, była dla mnie osobista satysfakcja. Nie uczyłem się nigdzie czapnictwa i z czasem ludzie zaczęli zwracać mi uwagę, że powinienem zdać egzamin. Trafiłem do cechu i zdałem egzaminy 18 grudnia 1943 r. Pomógł mi mój kolega Henryk Nowik z Trzebieszowa, tam miał swój zakład. Wydał mi zaświadczenie, że pobierałem u niego nauki. Cech w Siedlcach dopuścił mnie do egzaminów, które zdałem za pierwszym razem. Po egzaminie w Siedlcach przyszedł czas na egzamin w Warszawie. Zdałem go 2 marca 1944 r. u pana Modzelewskiego, nazywał się chyba Makary. To był dopiero mistrz na całą Warszawę! Swój zakład w czasie okupacji miał na Kruczej.
16 marca 1944 r. otrzymałem legitymację czeladniczą. Przypominam sobie tę sytuację, gdy tylko zamknę oczy … Wspominam, w jaki sposób dostałem się do pociągu. Żeby nie Niemiec, wcale bym nie pojechał! Sam wsadził mnie do wagonu. Trzeba pamiętać, że aby jechać do Warszawy, należało mieć przepustkę, którą trzeba było załatwiać znacznie wcześniej. Gdy jechałem do Siedlec, padał deszcz, cały przemokłem. Kiedy dojechałem na stację, sytuacja nie przedstawiała się przyjemnie - towar, którym handlowali ludzie, był przeganiany przez wiatr. Wszystko fruwało. To Niemcy rozkradali załadunek. Przyjechał pociąg z Łukowa i z Dziewul. Ludzie jechali z Warszawy, przywozili jedzenie, a pogoda była fatalna. Dostałem się do furtki i mówię, że nie mam zezwolenia. Staram się wytłumaczyć sprawę. Niemiec kazał mi zostać w miejscu, w kącie koło furtki. Nagle widzę, że furtka zamknięta. Pociąg szykuje się do odjazdu. Niemiec przybiegł:
- Co ty stoisz?
Odpowiedziałem mu:
- Kazał pan czekać, więc czekam.
Pośpieszył mnie, zatrzymał pociąg, otworzył jeden przedział, drugi, trzeci - wszędzie pełno ludzi. Nakazał, aby zrobili mi miejsce. Zamknął za mną drzwi. Dojechałem do domu ciotki, w Warszawie. Miałem płaszcz przemoczony do suchej nitki. Następnego dnia pojechałem na Kruczą do majstra. Było tam około piętnastu uczniów. Pan Makary zadzwonił po kolegę. Pracownie Mistrza Modzelewskiego były bardzo duże. Wykonywałem brązową belgijkę z morfozy [gatunek materiału]. Udaliśmy się do innego majstra, który również był w komisji. Obejrzał czapkę, podpisał zezwolenie i za dwa tygodnie otrzymałem upragnioną legitymację. Później wyrobiłem sobie kartę rzemieślniczą i prowadziłem na nią zakład. Całą parą! Z czasem miałem coraz więcej zamówień u siebie w domu - nie tylko ze swojej wsi, ale również z sąsiednich.
Za jakiś czas wstąpiłem do Cechu. Jeśli się miało papiery rzemieślnicze, to należenie do cechu było wprost obowiązkiem. Przysyłali kartę, żeby się zapisać, ponieważ mieli z tego składki. Na odbudowę Warszawy, na odbudowę Ojczyzny, to ciągnęli z nas jak pijawki. Pamiętam, że zbierali wiele składek na pomnik Kilińskiego w Trzemesznie. Pojechałem po wojnie do Trzemeszna i zobaczyłem ten pomnik - "Boże zlituj się!" - na tyle składek, to ten pomnik powinien być trochę inny. Czy szycie czapek dawało mi satysfakcję? Tak, ponieważ był na to zbyt.
Ojciec przychodził z dwuletnim synkiem i kupował mu czapkę. Był z tego bardzo zadowolony. Kiedy pobierało się miarę z takich małych brzdąców - ach, co to była za radość! Były takie pocieszne! Szyło się dzień i noc. Pewna kobieta zapytała mnie, kiedy kładę się spać: bo gdy ona zasypia, u mnie nadal świeci się światło; kiedy wstaje - taka sama sytuacja!
Trzeba było czasem nie spać. Jeśli nie mogłem jeździć na rynek do Międzyrzeca, nie miałem jak się dostać do Łosic, a w Siedlcach nie miałem dobrego miejsca na rynku, to wtedy szyłem czapki do Warszawy i ludzie po nie przyjeżdżali. Miałem dwóch synów, więc trzeba było dać im kieszonkowe, na internat .. miałem gospodarstwo, więc było co jeść. Mieliśmy w domu obraz Matki Boskiej Karmiącej, a ludzie uważają, że kto ma taki obraz, to głód mu nie dokuczy. U nas nie było głodu przez całe życie. Dostałem obraz od mamy, mama dostała go od kuzyna, który był już umierający. Postanowił podarować go jej, ponieważ opiekowała się nim na łożu śmierci.
Z szyciem czapek trzeba było się pilnować, aby wszystko pasowało. Jeden centymetr wystarczy, aby zepsuć całokształt. Trzeba mieć również sporo wyobraźni, aby pasek współgrał z daszkiem, guzik ze ściągaczem. Każda praca wymaga precyzji. Teraz nie wybrałbym czapnictwa. Ten fach upada. Większość ludzi chodzi z gołą głową i dla czapników nie ma pracy. Inne państwa masowo zasypują nas swoimi wyrobami. Kiedyś miałem kawałek ziemi ojcowskiej, z której zbierałem dużo plonów, więc mogłem sobie pozwolić na taką pracę. Rynek w Siedlcach znajdował się w miejscu obecnego dworca PKS i sięgał aż do budynku dzisiejszej Hali Targowej. Miejsce to było wyłożone brukiem. Można było wynająć sobie furmankę. Pamiętam też stragany. Po wojnie było tak samo, ale od strony więzienia był ustawiony rząd budek, w których sprzedawane było mięso przywożone przez chłopów. Budek było wiele, ale każdy sprzedał. Zazwyczaj mieli po dwa prosięta. Sam - pamiętam - sprzedawałem tam kiedyś mięso dla pana Adamczuka. Mięso czasem kosztowało powyżej 12 złotych za kilogram, czasem więcej, czasem mniej. Na rynku były stoiska obuwnicze, odzieżowe, stolarskie. Byli również czapnicy. Ja między nimi też znalazłem swoje miejsce.
Do Siedlec jechałem furmanką dwie i pół, a czasem trzy godziny. Konia zostawiałem koło budynku I LO im. Bolesława Prusa. Stała tam niewielka chałupka, a obok niej rosła ogromna jabłoń. Mieszkała tam starsza kobieta i szewc. Kobieta prowadziła w tym domu minihotel (dziś można by było to nazwać stancją dla uczniów dojeżdżających do siedleckich szkół). Mieszkał tam kiedyś brat mojej żony, dlatego gospodyni pozwalała mi zostawiać tam konia.

Image and video hosting by TinyPicImage and video hosting by TinyPicImage and video hosting by TinyPic

foto 3. Kościelny z Krzeska Kazimierz Krawczyk i rodzina Główniaków.

Rynek w Łosicach znajdował się w miejscu, w którym teraz jest skwerek. Dziś wokół niego rosną potężne, grube drzewa. Jeździłem tam pod koniec lat czterdziestych, zaraz po wojnie i jeszcze później. Do Łosic już później rzadko jeździłem. Raz pojechałem rowerem, to było przed Bożym Narodzeniem. Nawet sporo wtedy utargowałem! Ale wróciłem do domu o drugiej w nocy, bo droga była słaba. Spadło około dziesięciu centymetrów śniegu. Cały czas, dwadzieścia kilometrów, piechotką z bagażem na rowerze. Targi odbywały się w późnych godzinach. Nie było żadnej furmanki - od nas do Łosic nie jeździły, tylko z Próchenek. Było bardzo ciężko tak wracać, ale człowiek był kiedyś wytrzymały. Ludzie mieli stragany ze sobą. Swój stolik miałem u Majorowicz. Kiedyś proponował mi kupno połowy domu, ale nie mogłem kupić. Nie mogłem wynieść się do miasta, ponieważ miałem gospodarstwo i rodziców na utrzymaniu.
W Międzyrzecu był rynek handlowy, natomiast poza miastem znajdował się rynek wiejski, gdzie sprzedawano konie, wozy - wszystko. Jakieś stragany… jakieś koszyki… Ja stałem w bliskiej uliczce u znajomej, najpierw pod sienią, potem w sieni. Moja znajoma o nazwisku Gałązka była wysiedlona z Brześcia. To był okres wojny, jedni ludzie litowali się nad drugimi. Kto dzisiaj zgodziłby się, będąc czapnikiem, dzielić stoisko z drugim czapnikiem? Wspominam targ w Międzyrzecu, przed Wielkanocą… sprzedałem wtedy ponad sto osiemdziesiąt czapek. Były lata pięćdziesiąte. Swój stolik do targu miałem w Łosicach. Na ulicy, na której stałem, był drewniany płot. Deska do deski - na tych gwoździach rozwieszałem czapki. Koleżanka Bronisława przyjeżdżała ze mną, sprzedawaliśmy razem. W dni, w które odbywał się targ, mało ludzi chodziło tą ulicą, dlatego gwoździe im nie przeszkadzały. Później przeniosłem się do takiej kobiety, która była z Brześcia, w jej domu zostawiałem stolik. Targi nie zaczynały się wcześnie. Ludzie najpierw kupowali żywność, dopiero potem sprzedawali swoje wyroby lub kupowali to spodnie, to sukienkę dla dzieci. Zaczynały się różnie, zanim furmanki przyjechały - około dziewiątej, dziesiątej.
Wszystko mieli na rynku! Wieś wiozła swoje wyroby: kury, gęsi, kaczki, masło, śmietanę. Ludzie byli zadowoleni i kupcy byli zadowoleni. A teraz to wszystko jest sztuczne! Kurka zniesie jajko i jakie to jajko według tego, które znosi wiejska kura. Kiedyś jajko było potężne. Człowiek zjadł dwa i mu wystarczyło, a dziś zje dziesięć i jest głodny. Żółtko jest dzisiaj do niczego, razem z białkiem. Kiedyś było żółtko, czerwone, zdrowe takie, jak nie wiem! Skorupa była taka, że ledwo można było ją stłuc. A teraz lekko uderzymy i już płynie.
Na towary żywnościowe więcej było klientów z miasta, bo wieś miała swoje. Pamiętam, że po wojnie wykonano budki, w których ludzie ze wsi sprzedawali mięso. Kiedy miałem już stosunkowo pokaźną trzodę chlewną, sam zacząłem je sprzedawać. Przychodzi raz do mnie pewna kobieta i prosi o dwa kilogramy. Odpowiadam, że nie wiem, ile trzeba mięsa na dwa kilogramy, ponieważ nie miałem wtedy przy sobie wagi. Zaproponowałem, że utnę kawałek dalej. Wzięła cały odcinek. Zwykle już przed godziną dziesiątą sprzedawałem całe mięso, około dwustu kilogramów. Na rynkach zdarzały się też kradzieże. W Łosicach nie zauważyłem, ale w Międzyrzecu dwa, może trzy razy mnie okradli przed Wszystkimi Świętymi. Stałem w sieni, na okiennicach miałem wywieszone czapki, aby ludzie wiedzieli, że czapki są. Jeden z klientów przyszedł i zaczął mnie zagadywać, natomiast drugi sprytnie ukradł trzy czapki. Jednego złodzieja kiedyś złapałem, pochodził z jakiejś wioski za Międzyrzeca. Zaprowadziłem go na posterunek. To był syn sołtysa, więc policja nie rozstrzygnęła tej sprawy, ze względu na to, że był to kolega komendanta. Zawsze sprzedawałem trzydzieści, pięćdziesiąt czapek. Czasem nawet osiemdziesiąt czy sto. Raz w Siedlcach sprzedałem tylko jedną, w czasie żniw. Miałem swoich wiernych klientów w Międzyrzecu i Łosicach. Jeśli nie przyjechałem na rynek, to nie kupił czapki u jednego czy drugiego czapnika, tylko czekał, aż ja przyjadę. U mnie dostał odpowiedni towar i dobre wykonanie. Ktoś kupił czapkę, to miał ją dziesięć lat. Kiedyś były dobre materiały. Po wojnie i w wojnę nie musiałem jeździć na rynki, bo w domu miałem dużo pracy. Cała okolica się do mnie zjeżdżała, bo nie było czapników. Przebywali około dwudziestu i więcej kilometrów, aby kupić czapki u Romana! Zazwyczaj wykonywałem je z kawałków płaszczów, starych spodni i spódnic. Za Niemców nie było zazwyczaj nowych materiałów. Po wojnie jeździłem do Warszawy, kupowałem stare, eleganckie czarne fraki i surduty. Ciężko było przynieść je do domu. Aż żal było pruć to wszystko!

Pamiętam znajomego Franciszek Pastora Jeździliśmy razem na zjazd czapników do Warszawy. On miał swój zakład na Pułaskiego, ale niedawno go sprzedał, obecnie nie szyje już czapek. Przyjeżdżał jeden chłopak z Kałuszyna, przywoził czapki tzw. samodziały. Były popularne jak na tamte czasy. Przywoził trzydzieści, czterdzieści i w mig je sprzedawał. Materiał był produkowany na wsi. Później i mi udało się zdobyć ten materiał. Taka czapka kosztowała 120 złotych. Inne były dużo tańsze, bo samodział był z czystej wełny, robiony w wiejskich krosnach. Później powstawały duże warsztaty. Jeden człowiek z Tchórzewa, bodajże Pogonowski, chciał mi jeszcze taki sprzedać. To były lata pięćdziesiąte. Brałem od niego bardzo dużo materiałów. Później wyjechał gdzieś na zachód Polski. Jego rodzina jeszcze tam chyba jest.
Był też Ryszard Jastrzębski, który uczył się u znajomego z Pułaskiego. Z tego co pamiętam, mieszkał na Błoniu. Szczerze mówiąc, jego czapki były bardzo fachowo wykonane.
Znałem również Bronisławę Winiarską. Mieszkała na Szkolnej pod dwudziestym. Miała dwoje rodzeństwa, również uczyła się u Franciszka Pastora, który nie chciał jej wydać zaświadczenia, by nie zdała egzaminu. Bronisława chciała pracować na własną rękę, a Franciszek Pastor bał się konkurencji.
Bronisława przyjeżdżała do Międzyrzeca, do Łosic, stała koło mnie, pozwalałem jej na to. Zaprosiła mnie kiedyś do siebie. Miała siostrę i brata, który gdzieś się uczył, siostra natomiast pracowała w sklepie tekstylnym na Warszawskiej. Teraz ten plac jest pusty. W Krzesku mówili, że jest moją dziewczyną, że razem stoimy na rynku.
Że on tak jej zagląda w oczy, ona mu też .. Była bardzo dobrą kandydatką na żonę, ale powiem szczerze - bałem się miejskich kobiet i nie czułem do niej jakiegoś sentymentu. Gdy przychodziła jakaś kontrola w Międzyrzecu, na rynku, to wszystko było moje, bo stoliki obok stały. Kto chciał, to u niej czapkę kupił, kto chciał, to u mnie. Przyjeżdżała na ten rynek przez około trzy lata. Kiedy Brońcia wyszła za mąż, to do Międzyrzeca przyjeżdżał jej brat. Oboje byli mi bardzo wdzięczni, bo mieli rodziców w podeszłym wieku na utrzymaniu. Brat pracował później jako konduktor w autobusie. Zawsze kiedy jechałem do Warszawy, robił mi miejsce, bo kiedyś autobusy do Warszawy były przepełnione, nie tak jak dzisiaj. Dzisiaj wszyscy przesiedli się w swoje samochody, nie są już zależni od autobusu i od godziny.
Kiedyś w Łosicach przyszedł do mnie wysoki mężczyzna i mówi do mnie, że ma syna czapnika. Pytam, gdzie on jest. Odpowiada, że w Siedlcach. Pytam, jak się nazywa, gdzie ma zakład. Nie ma swojego zakładu. Pracuje u Chojeckich. Namawiam, żeby przeprowadził się do Łosic, ten niewielki domek jest do sprzedania, ludzie chcą go sprzedać tanio, bo to mienie pożydowskie. Ten człowiek kupił sobie mieszkanie za pięć tysięcy. Uważam, że remont kosztował go drugie pięć. Pokrył ponownie dach. Później wdał się w konflikt z sąsiadem. Mieli wspólne szerokie schody i postanowili je sobie przegrodzić. Jeden chodził jedną stroną, drugi drugą. To była rudera, ale przemieszkał tam wiele lat. Ostatnio przeprowadził się do Siedlec. Nie wiem, czy żyje, czy nie żyje. Mieszkał niedaleko zalewu. Ale odszedłem od tematu.

Najpierw pomogłem mu się zaklimatyzować na łosickim rynku. Potem nie był z tego zadowolony, bo byłem dla niego konkurencją. Ja się konkurencji nie bałem, ponieważ pracowałem rzetelnie. Kiedyś nawet doszło do przykrej sytuacji koło jego domu. Odwiązał mego konia i puścił wolno. Patrzę - nie ma konia.
-O Jezu kochany!
Wracałem z rynku pora była późna, robiło się już szaro. Zauważyłem, że mój koń chodzi po łące, ale około trzysta metrów od Łosic. Tylko lejce się ciągnęły. Ledwo złapałem kobyłkę za lejce. A była mi bardzo potrzebna do pracy w gospodarstwie.
Miałem wtedy około dziewiętnastu lat. Była na styl dzisiejszej czapki sportowej i muszę przyznać, że całkiem dobrze mi wyszła. Pierwszą czapkę uszyłem dla siebie, więc nie zarobiłem nic. Najlepszą zapłatą, była dla mnie osobista satysfakcja.
Szyłem różne czapki, np. mundurowe. Miałem zamówienia do straży, szyłem czapki dla więźniów, leśnicze.
Pewien Rosjanin przyszedł do mnie i zapytał, czy nie mam do sprzedania igieł. Chciał mi zapłacić. Opowiedział mi, że znał się kiedyś z pewnym czapnikiem z Międzyrzeca, który pobrał opłatę za komplet igieł, mimo że Rosjanin był wtedy w potrzebie, a byli przyjaciółmi. Rosjanin był wyraźnie zdumiony tym, że ja nie chciałem pieniędzy, choć przecież go nie znam. Nie było mowy o jakiejkolwiek zapłacie! Jemu też było ciężko. Doskonale go rozumiałem.
Handlarz z Warszawy chciał białą czapkę, żeby to tak, żeby to inaczej… Poleciłem mu, aby przywiózł mi taką na wzór, ale kiedy lepiej mi wytłumaczył, udało mi się jakoś ją skroić. Czapka była podobna do narciarki, letnia, z białego płótna. Muszę przyznać, że byłem bardzo zadowolony z tego, jak udało mi się ją wykonać.
Szyłem czapki księżom. Pamiętam ksiądz Kowalczyk chciał czarną w stylu narciarki. Miałem dobry materiał z fraków, krepę. Nie był nowy, ale bardzo dobry jakościowo, ponieważ nie było zwykłych materiałów, tylko kawałki starych ubrań, tego typu materiały sprowadzano z Niemiec. Podszewkę też było bardzo trudno zdobyć.
Zresztą, płótno sztywne również. Kupowałem więc białe prześcieradła, krochmaliłem je, prasowałem i było jak znalazł. W Warszawie na rynku to handlowali materiałami i był bardzo duży wybór, w sklepach - nie sprzedawano więcej niż po trzy metry. A handlarze mieli materiału bardzo dużo.
Jeśli chodzi o fasony czapek, to robiłem różne. Później, kiedy fabryki się rozwinęły i było z czego robić, a produkowane były takie błyszczące daszki,
wykonywałem harcerskie i szkolne czapki, takie okrągłe jak maciejówki, jak leninówki. Były tam niebieskie wypustki. Wykonywałem też czapki myśliwskie. Teraz takich nie robią, były wspaniałe, zimowe, ciepło obszyte z krótkimi nausznikami. Były bardzo ładne.

W czasach swojej młodości mama pobierała nauki krawieckie u Jasińskiej, która później przeprowadziła się do Krzymosz. Mama kupiła sobie wtedy maszynę Singera na raty. Maszyna kosztowała wtedy 615 rubli, za co można było kupić sześć dużych krów. Wyszła za mąż za rolnika. Zbudowali sobie kawałek obórki, stodółki i jakoś żyli. Dorastałem i mama wiedziała, że w okolicy nie już ma krawcowych, więc był to opłacalny fach. Już od dziecka uczyła mnie pracy przy maszynie.
W wakacje moi synowie chętnie pomagali mi w szyciu czapek. Kiedy mój młodszy syn pracował po ukończeniu szkoły jako budowlaniec, zainteresował się szyciem czapek, ponieważ była to wtedy bardziej opłacalna praca niż budowanie domów. Zresztą dzisiaj jego żona prowadzi zakład, a on jej pomaga.
Młodszemu bratu również podobała się praca czapnika. Przyuczyłem go do tego zawodu. Po wojnie Kazimierz poszedł do spółdzielni na Młynarskiej w Warszawie i pracował tam jako czeladnik. Później otworzył swój zakład w Otwocku i nauczył szyć córkę. Potem Marylka pobierała nauki u jakiegoś mistrza i zdała egzaminy. Niestety, dzisiaj nie jest już czapnikiem. Pod koniec swojego życia powiedział: Dziękuję, bo dałeś mi chleb na całe życie...

Image and video hosting by TinyPicImage and video hosting by TinyPicImage and video hosting by TinyPic

foto z okresu kawalerki.

Wspomnienia o partyzantce.
Przyjechał do nas prelegent. Mieliśmy zebranie, to była pięćdziesiąta rocznica Powstania Warszawskiego. Podczas Akcji Burza osłaniałem drogę na szosie koło Zawad. Akcja polegała na zrzynaniu słupów, u nas w lesie „Poczta” zerżnęli szesnaście słupów. Niemcy chcieli spalić Krzesk. Korobczuk, policjant, powiedział do Niemców, że te słupy, to musiał zerżnąć ktoś inny. To on ocalił naszą wioskę. Myślę, że może nie wstąpiłbym do partyzantki, ponieważ bardzo się do tego nie nadawałem, bo miałem problemy z nogą. Pewnego razu moja mama przebrała żołnierzy w codzienne ubrania, a oni zostawili mundury, zostawili karabiny. Później komendant Jan Danielak dowiedział się o całej sytuacji. Zaproponował, że rzeczy, które zakopałem, by się im przydały (zimą, około 1943 r.). Postanowiłem oddać to wszystko komendantowi. Zorganizowałem wiązkę drzewa, włożyłem w nią karabin, żeby nikt niczego się nie domyślił. Kiedy dostarczyłem amunicję, komendant kazał mi złożyć przysięgę, bo bał się, że mogę coś komuś powiedzieć. To było 19 marca. Nikt oprócz Mariana, jego brata Józefa i mnie, wtedy nie wiedział, że ją złożyłem. Od tego czasu byłem w partyzantce oficjalnie, bo nieoficjalnie byłem, zanim zabili mojego majstra Wierzejskiego. Załatwiałem wtedy różne sprawy, musiałem jeździć to tu, to tam.
Jak już wspominałem, o przysiędze wiedzieliśmy tylko my we trzech. Początkowo koledzy z oddziału nie mieli pojęcia, że należę razem z nimi. Szyłem im furażerki i czapki polówki. Na początku przychodzili do mnie jak do zwykłego krawca, zostawiali mi materiał na zagacie [chodzi o część domu], na karteczkach pisali, jakie numery są im potrzebne, pisali też informacje, w które miejsce te czapki trzeba było im dostarczyć.
Armia Krajowa był to piąty Ośrodek Gminny. Mogę się mylić, bo tego dokładnie nie pamiętam: „Krzak”, „Wierzba”, albo „Sowa”. Dowódcą był Marian Danielak i Władysław Starzyński (wojskowy); razem byli. Z AK byli to: Stanisław Golbiak, Franciszek Cisak, Stefan Borkowski, Józef Prokopiak, Władysław Adamczuk. Z BCh Wacław Prokopiak oraz Czesław Zbucki „Gacak” .Przy końcu sierpnia 1944 r. Komendant zadecydował o rozwiązaniu. Oddział, co prawda, został rozwiązany, ale z przysięgi nigdy nas nie zwolnili. Po wojnie spotykaliśmy się na jakichś uroczystościach, rozmawialiśmy ze sobą. Każda akcja była równie ważna, ponieważ wymagała dobrego opracowania. Zdarzało się, że kolega nie wrócił z akcji. Ze względu na problemy z nogą, nie mogłem brać udziału w wielu akcjach. Zajmowałem się głównie załatwianiem spraw. Czasem, kiedy trzeba było coś komuś powiedzieć, przekazać, to właśnie ja się tym zajmowałem. Jeśli chodzi o akcje, to głównie moja funkcja polegała na tym, że osłaniałem drogę, żeby ktoś się nie dostał, ponieważ chłopcy wykonywali pracę i nikt nie mógł się dostać na ten teren, gdzie oni byli. W sąsiedniej wiosce chłopak bawił się w złodziejaszka. Na naszym terenie takim sędzią był Czesław Zbucki z BCh, który raz mu przebaczył, drugi raz też mu przebaczył. Za trzecim razem ów złodziejaszek przyszedł do Czesława, ukląkł przed nim i błagał o rozgrzeszenie. Otrzymał je.
Partyzanci sami zdobywali broń. Kiedy na wschód jechał pociąg, to dawali sygnały, maszynista zwalniał i robili napad. Maszyniści byli przeważnie polscy, więc wzajemnie się wspierali.
Ludzie ze wsi pomagali leśnym, przynosili im jedzenie i ubrania. Sąsiad o sąsiedzie nie wiedział, wszystko trzeba było robić bardzo delikatnie. Partyzanci mieli niedaleko do wsi, więc czasami sami się zaopatrywali.
Partyzanci mieli swoje skrzynki kontaktowe to była poczta pantoflowa. Telefonicznie nie można się było porozumiewać, nikt nie wiedział, może zakładali podsłuchy. Każdy się obawiał. Partyzanci mieszkali też w domach. Jeśli mieli jakąś akcję, to się zbierali gdzieś. Na stale chłopcy nie mieszkali w lesie. Jeśli przebywali długo poza domem, to na pewno tęsknili, to przecież naturalne. Jak sobie z tą tęsknotą radzili?

Była taka piosenka ..
Bywaj dziewczę zdrowe, Ojczyzna mnie woła,
Idę za Kraj walczyć wśród rodaków koła.
I choć przyjdzie ścigać jak najdalej wroga,
Nigdy nie zapomnę, jak mi jesteś droga.

Po cóż ta łza w oku, po cóż serca bicie?
Tobie winien miłość, a Ojczyźnie życie.
Pamiętaj, żeś Polka, że to za Kraj walka,
Niepodległość Polski to twoja rywalka.

Polka mnie zrodziła, z jej piersi wyssałem
Być Ojczyźnie wiernym, a kochance stałym.
I choć przyjdzie zginąć w ojczystej potrzebie,
Nie rozpaczaj, dziewczę, zobaczym się w niebie.

Nie było rady, trzeba było zostawić i dziewczynę, i rodzinę. Trzeba było walczyć. Chłopcy pracowali na wsi, w większości byli rolnikami, pomagali rodzicom. Z partyzantki nikt nie odszedł, bo odejść dobrowolnie, to była formalna zdrada. Każdy miał zapał, żeby tym Niemcom przeszkadzać na każdym kroku. Wesołe chwile były wtedy, kiedy akcja się udała. Partyzanci śpiewali piosenki wojenne.
A stary ojciec dał mi zbroję,
I tak rzecze: „Synu mój
Przecież życie jest nie Twoje
Dla ojczyzny wiernie służ…”

Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic

Mój ojciec, jak zresztą i cała rodzina, nie wiedział, że jestem leśnym i naprawdę niewielu ludzi wiedziało, że byłem w partyzantce. Nie żałuję, że byłem w partyzantce. Bardzo cieszę się, że w jakiś sposób mogłem bronić swojej ojczyzny. To był mój obowiązek. Po wojnie niektórzy jeździli podnosić z gruzów Warszawę. Pożenili się, każdy jak mógł, tak żył.

O artystycznych pasjach.

Napisałem ten wiersz dla swojego starszego syna Romana z okazji pożegnania przedszkola. Romek nauczył się go na pamięć i wyrecytował, kiedy odchodził z przedszkola.

Żegnam ciebie już Przedszkole,
Żegnam Ciebie raz na zawsze.
Już nie wrócę tutaj więcej,
Będę siedział w szkolnej ławce.

Bardzo Pani swej dziękuję
Za opiekę tu nade mną.
Dobrze było mi w przedszkolu,
Ciepło, miło i przyjemno.

Żegnam Panią Romanowską,
Co to dla mnie jeść ważyła
I winszuję jej serdecznie,
By dla innych to czyniła.

Żegnam Ciebie już Przedszkole,
Ale jestem wnet za swata,
Bo na moje miejsce tutaj
w zamian przyślę swego brata.

Zacznie mi się już nauka,
A z nią razem i marzenia.
Do widzenia Ci, Przedszkole,
Do widzenia, do widzenia!
Roman Główniak s. Józefa (1959 r.)

Jeśli dobrze pamiętam, to swój pierwszy wiersz napisałem, gdy miałem około trzynastu lat. Byłem w dziecinnym szpitalu Karola i Marii na ulicy Leszno 136 w Warszawie, leczyłem gruźlicę kości. Wiersz opowiadał o warszawskich gołębiach. Pokazałem go wtedy ordynatorce oddziału, pani Helenie. Pamiętam, że spotkał się z bardzo pozytywnym odbiorem, z czego byłem nadzwyczaj dumny. Niestety, ale nie wiem, gdzie zaginął. Zresztą, większość gdzieś przepadła.
Kiedy znajoma przedszkolanka odchodziła na urlop i było uroczyste pożegnanie w remizie, to napisałem dla niej. Przypominam sobie, że wiersz bardzo się jej spodobał i poprosiła, czy mógłbym go jej pożyczyć. Zgodziłem się bez większego zastanowienia, ale niestety, sam nie miałem kopii wiersza i już później go nie odtworzyłem:



(…)
Zaczynają się wakacje,
my będziemy u swych matek.
Życzym Pani dużo szczęścia
i powrotu do swych dziatek.

Wiersze zawsze kojarzyły mi się z łatwością nauki na pamięć, w przeciwieństwie do opowiadań, które były znacznie trudniejsze. Zazwyczaj wiersze był krótsze. Szczerze, to nie miałem kiedyś zbyt wiele czasu na ich pisanie. Zdecydowanie najbardziej dumny jestem z wiersza "Moje Westerplatte". Pisząc ten wiersz, czułem, że uzewnętrzniam siebie - to, co tkwi gdzieś głęboko we mnie, czyli walka o byt i umiejętność pokonywania życiowych trudności, które w czasach wojny były nadzwyczaj dramatyczne. Bardzo chciałem, aby potomni mieli okazję poczuć choć w małej części to, co czułem ja sam. W książce "Zarys Historii Parafii Krzesk 1907-2007" Mieczysława Kalickiego ukazał się mój wiersz "Miłość do Ojczyzny", który wyrecytowałem podczas uroczystości poświęcenia sztandarku AK i BCh (obecnie sztandar znajduje się w kościele parafialnym w Krzesku).

Miłość do Ojczyzny

Ojczyzno moja, Ojczyzno miła
Ciemna Cię nieraz przykryła mogiła
Pod zaborami odwiecznych wrogów
Wiele doznałaś klęski i trwogi.

Długo dźwigałaś ciężkie kajdany
A krwią płynęły fale wiślane
I krematoria długo dymiły
A w nich się ciała nasze smażyły.

Lecz Twoje dzieci w jedno złączone
Mężnie stawały w Twojej obronie
Nie żałowali ni ducha ni ciała
Byś nam Ojczyzno z grobu powstała.

Na Twoje dzieci nieraz czyhali
I Twoje dzieci Ci mordowali
Szwaby, Moskale, Turcy i Szwedzi
Tacy to byli Twoi sąsiedzi.

Dość na tej ziemi krwi się nalało
I nas zginęło przecież niemało
Bo tam przy drodze, to gdzieś na miedzy
To hen pod lasem żołnierz Twój leży.

Bo polną miedzą, bo polną drogą
Ciągnął ten żołnierz noga za nogą
Z różnych stron świata do Cię wędrował
A gdy tu przybył ziemię całował.
Bo Ty nas kochasz i my Cię kochamy
I już nikomu Cię nie oddamy
Bo jesteś Polską
My Polakami.

Od zawsze lubiłem recytować. Kiedy jeszcze byłem małym chłopcem, to na zadawane mi pytania odpowiadałem często wierszem. Na pamięć znam prawie wszystkie swoje utwory. Znam również wiersz pt.: „Jan III Sobieski” Marii Konopnickiej, którego nauczyłem się będąc w czwartej klasie szkoły podstawowej.

A za tego króla Jana,
co to po łbach bił pogana
przyszły posły i rozjemcy
Ratuj, królu, giną Niemcy (…)

Drugi wiersz, z którego jestem bardzo dumny, to fragment „Wiesława” Kamila Brodzińskiego, którego wyrecytowanie zajmuje mi około pół godziny. Poprzez recytowanie bardzo dobrze wyćwiczyłem sobie pamięć.
Kiedyś, aby napisać wiersz, to trzeba było mieć czas, Muszę przyznać, że kiedy przychodziło natchnienie, to wiersz pisałem bardzo szybko. Nie ma konkretnej pory ani dnia.

Image and video hosting by TinyPicImage and video hosting by TinyPic

O Kole Młodzieży dowiedziałem się od brata. Należałem do niego już przed wojną. Po wojnie zrobiliśmy przedstawienie o partyzantach pt. "Baśka" - to było pierwsze przedstawienie, w którym wziąłem udział. Pamiętam, że ludzie bardzo płakali podczas tej inscenizacji, ponieważ to wszystko było takie świeże, ta niemiecka niewola .. Moja córka chrzestna płakała najgłośniej, kiedy zabili Dziadka - postać, w którą się wcieliłem, ponieważ myślała, że naprawdę nie żyję!
Przed wojną i po wojnie zajmował się nami Czesław Zbucki ur. w 1911, który zmarł bodajże w lutym lub marcu 1980 r. Po jego śmierci nie wystawiono już żadnego tak świetnego przedstawienia. Odszedłem z Koła Młodzieży w 1948 r., kiedy je rozwiązali. Zawiązało się inne koło, ale my już do niego nie należeliśmy.

Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPicImage and video hosting by TinyPic

W sumie w niewielu przedstawieniach zagrałem, ze względu na moją chorą nogę. Zagrałem w dwóch po wojnie. Jedno z nich było o wywozie Polaków do Niemiec. Czesław Zbucki docierał do różnych źródeł, kiedy przygotowywał przedstawienia. Kiedy po raz drugi przedstawialiśmy "Baśkę" byłem już żonaty. Koło Młodzieży już się rozpadło, pozostaliśmy tylko my - starsi aktorzy. "Baśkę" przedstawialiśmy również jeżdżąc do okolicznych wiosek. Sprzedawaliśmy tanie bilety, z których dochód został przeznaczony na stroje, wyposażenie Domu Ludowego. Pamiętam, że występowaliśmy też na dożynkach. Impreza ta odbywa się w Krzesku od 1925 r. Podczas dożynek straż prezentowała różne ćwiczenia.
Ludzie zamieszkujący naszą wieś byli aktywni artystycznie. Dziś młodzi mają szkołę i nie mają zbyt wiele czasu na zajmowanie się teatrem.
Jeszcze kiedy byłem w szkole podstawowej, często grałem w jasełkach. Przedstawialiśmy na dużym korytarzu w szkole w Krzesku. Pamiętam, że ludzie z okolicznych wsi przybywali na nie bardzo licznie.
Z Kołem Młodzieży występowaliśmy w szkole, w okolicznych wsiach, różnie. Pamiętam taką zabawę, którą zorganizowaliśmy w szkole w Krzesku, zaraz po wojnie. Ilu ludzi wtedy przyszło! Dochód z biletów przeznaczyliśmy na zakup wyposażenia do Domu Ludowego. Jeździliśmy do okolicznych wsi.
Najbardziej zadowolony byłem z roli dziadka w „Baśce”. Było to przedstawienie wojenne, ukazujące zachowanie Niemców. Sceną kulminacyjną była obrona wnuczki przez dziadka. Niemiec chciał ją zabrać, natomiast dziadek za żadne pieniądze nie chciał jej oddać i Niemiec go zastrzelił. Wszyscy wtedy płakali ..
Miałem trochę pojęcia o aktorstwie . Nie miałem żadnej tremy, nie zwracałem uwagi na to, że ludzie na mnie patrzą. Stojąc na scenie, czułem ogromną radość, ponieważ ludzie się trochę rozweselą, zrozumieją, docenią trudy aktorów. Nasze przedstawienia miały głęboki sens, nikt, wychodząc ze spektaklu, tak po prostu nie zapominał o wartościach, które dostrzegł na scenie.
Wszystko w życiu należało lubić. Kiedy było się aktorem, to lubiło się aktorstwo. Kiedy było się aktorem - uwielbiało się aktorstwo. Wszystkie trzy zajęcia bardzo szanuję i we wszystkich trzech odnajduję samego siebie.

„Zawsze miałem dystans do miasta ”

Przez dziewięćdziesiąt lat mieszkałem na wsi. Mój stan zdrowia zmusił mnie oddać się pod opiekę własnych dzieci. Mieszkam dziś w Siedlcach. Jak się zmieniły czasy mojej młodości. Siedlce zdecydowanie obejmowały mniejszy zakres ziemi. Na Piaskach Zamiejskich było pustkowie, Niemcy mordowali tu ludzi, później ich zakopywali. Kiedy dziś idę tu na spacer, dookoła widzę wysokie budynki. Coraz mniej drzew, wolnej przestrzeni do odpoczynku. W mieście jest dziś pełno ołowiu w powietrzu - Kto dzisiaj nie ma samochodu?
Kiedy rozmawiam z moimi znajomymi, którzy przez całe swoje życie mieszkali na wsi, a teraz mieszkają w Siedlcach, to wprost "duszą się". Brakuje im świeżego powietrza, ciszy i spokoju. Zawsze miałem dystans do miasta. Na wsi ludzie pracują ciężej, chociaż w ciągu ostatnich lat technika tak bardzo poszła do przodu, że ich praca jest znacznie łatwiejsza. Mało kto sieje dziś warzywa. Życie na wsi jest o wiele lepsze, ale trudniejsze niż w mieście.
Kiedyś ludzie na rynku handlowali pod chmurką, nie mieli żadnego zadaszenia. Czasem ktoś miał parasol, ale jeszcze przed wojną było to rzadkością, ponieważ ich ceny były wysokie. Natomiast dzisiaj każdy ma zadaszenie, swój stolik. Kiedy ktoś przyjedzie na rynek, ma ochronę przed deszczem, chroni nie tylko siebie, ale i towar. Dawniej handlarze rozkładali swoje produkty na plandekach, manatkach, na bruku. Dzisiaj rzeczy, którymi handlują są czyste, bo muszę ci powiedzieć, że czasem, kiedy jeszcze nie było porządnego bruku, to wszystko było schlapane i zakurzone. Dziś za placowe trzeba zapłacić 10 czy 15 złotych, kiedyś natomiast płaciło się kilka groszy. Jeśli chodzi jeszcze o różnicę między rynkiem kiedyś a dziś, to muszę wspomnieć o tym, że dawniej było mniej złodziejów. Wiesz, po zakończeniu wojny na rynku było wielu klientów, a dzisiaj wszyscy chodzą do sklepów, marketów, kiosków. Każdy chce handlować, bo współczesne czasy są bardzo trudne do przeżycia, ale handel to chyba najprostsza praca, bo wystarczy mieć trochę smykałki i pomysłu. Dziś jest więcej handlarzy, dlatego jest im trudniej się utrzymać. Ludzie ściskają pieniądze, bo coraz mniej zarabiają. Pracodawcy niestety, nie stosują się do zasady: "Największą zaletą pracodawcy jest wyrozumienie dla pracownika." Dziś pracodawca jest wielkim władcą dla pracownika, jest takie powiedzenie "Nie ma gorszego drania, niż wyjdzie z chama na pana". Zresztą - dawniej ludzie byli bardziej życzliwi. Niedawno wyczytałem w jakimś artykule, że „Miasto to miliony ludzi od siebie odosobnionych”. Doskonale rozumiem tę sentencję, bo mam dzieci, które na nic wiecznie nie mają czasu. Ich życie toczy się między pracą i domem. Nie mają czasu dla siebie wzajemnie. Dawniej ludzie byli bardziej szczęśliwi, bo umieli cieszyć się małymi rzeczami. Teraz wszystkim jest mało i mało. Chciałbym, żeby mieli względem siebie dużo cierpliwości, wyrozumiałości, szacunku jeden do drugiego, żeby jeden drugim nie gardził, żeby się nie wywyższali, żeby nie byli zazdrośni, pyszni, bo to jest wielką wadą człowieka. Życzę im, żeby mieli dobrych rządzących naszą Ojczyzną, którą my oddaliśmy im wolną do dyspozycji. Zarządcy myślą, że ojczyzna jest tylko ich własnością, ale niestety się mylą, bo Ojczyzna jest nas wszystkich.

Dodał:  ajan dnia wrzesień 04 2015 15:12:45         0 Komentarzy · 1184 Czytań · Drukuj
 
Komentarze
Brak komentarzy.
 
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
 
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
 
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

JOANNA

Szanowny Panie.Jestem wnuczką Władysława i Jadwigi Starzyńskich,córką Ligii Soćko z domu Starzyńskiej.Pragnę sprostować, że moja mama miała na imię Ligia anie Lidia jak Pan napisał w swoim opracowaniu

ajan

To prawdziwa uczta dla oczu, zobaczyć takie perełki, nie wspominając o walorze sentymentalnym. Baaaardzo Ci za to dziękuję, że jesteś otwarty, że potrafisz się dzielić, że dostarczasz ludziom pozytyw

ajan

Wywodzę się z rodu, którego gniazdem, przynajmniej od 200 lat jest Krzesk. Mój dziad urodził się w Krzesku. Pracuję nad genealogią Pawlaków krzeskich. Może więc przyszedł czas i na Krzesk? Krzysztof

ajan

Witaj Janku ! Tu Ela Ginalska z domu - obecnie Niestryjewska . Mieszkam w Gdańsku - dzisiaj weszłam na stronę Krzeska i jestem zadowolona ,że coś takiego istnieje . Super moje gratulacje.

Piotrek

Witam Panie Janie. Od dłuższego czasu przeglądam Pana stronę.Najbardziej interesuje mnie historia pałacu w Krzesku, dlatego prosiłbym o większą ilość archiwalnych zdjęć. Wiem też że zdjęcia takie posi

niullak

Witam! Poznawanie historii przodków to wciągające zajęcie. I bardzo pouczające. Dlatego z chęcią dowiemy się więcej o naszej rodzinie z Kośmidrów smiley

johns37

Witam Pana Panie Janie!! Napewno Pan mnie nie pamieta i nie kojarzy z nikim. Ja Pana znam jako nauczyciela samochodówki, odo której w latach 70 uczęszczałem oraz widuję czesto Pana na spotkaniach Kl



699,336 Unikalnych wizyt

Powered by PHP-Fusion copyright © 2003-2006 by Nick Jones.
Released as free software under the terms of the GNU/GPL license.
 

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie