Nawigacja
Strona Główna
Artykuły- Dzieje Krzeska i Podlasia .
Galeria fotografii
Linki które polecam.
Forum
Kontakt
Szukaj







Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanych użytkowników: 106
Najnowszy Użytkownik: JOANNA
Witam na stronie "Dzieje Krzeska Królowa Niwa".
Image and video hosting by TinyPic Moje hobby: Dzieje Krzeska Królowa Niwa,obyczaje ludowe,historia szkół do których uczęszczałem,fotografia, stare zdjęcia, fotofora, antyki, motoryzacja-stare samochody, drzewo genealogiczne, zwiedzanie nowych nieznanych (ciekawych) miejsc, poznawanie kultur... Strona poświęcona jest Dziejom Krzeska Królowa Niwa- okolic i regionu, historii rodów po mieczu i kądzieli. Praca nad stroną trwa. Będę wdzięczny za wszelkie uwagi. Moja poczta: ajan@tlen.pl. "Każdy z nas śmiertelników podąża drogą życia. To w jaki sposób przez tą drogę przejdziemy, jak skorzystamy z danych nam darów, zależy od nas, od naszego postępowania, uczynków. Zastrzeżenie prawne.Prawa autorskie oraz inne prawa własności intelektualnej do wszystkich treści, fotografii zamieszczonych i zawartych na niniejszej stronie internetowej stanowi zbiór Jana Aleksandrowicza i mogą być wykorzystywane wyłącznie za jego zgodą.Kopiowanie udostępnianych w tym miejscu treści możliwe jest jedynie do użytku osobistego.Podstawa prawna: Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. z 2006 r. Nr 90, poz. 631 z późn. zm.).
 
Ze wspomnień Stanisława Orzełowskiego z Plewek i jego ojca Franciszka część II.
Grodzisko średniowieczne we wsi Krzesk Królowa Niwa

Niewiele jest w Polsce tak ciekawych miejsc, jakie można znaleźć w bliskim sąsiedztwie wsi Krzesk Królowa Niwa (w gminie Zbuczyn). Mowa tu o średniowiecznym grodzisku, które funkcjonowało w VII-VIII wieku naszej ery. Dotarcie do tego miejsca nie nastręczy nikomu żadnych trudności, bowiem leży ono bezpośrednio przy Trakcie Brzeskim po zachodniej stronie Krzeska. Grodzisko to zostało przecięte w trakcie budowy Szosy Brzeskiej w latach 1818-1823. Południowa jego część została całkowicie zniszczona i zniwelowana, pozostał jedynie ślad zarysu. Miejsce to jest w miarę dobrze zachowane, choć zadrzewione. W okresie wczesnej wiosny, gdy porastające drzewa pozbawione są zielonej szaty, można zobaczyć pełne ukształtowanie terenu. Widać wyraźnie podwójne obwałowanie i fosę pomiędzy nimi, a wewnątrz okręgu rozległy majdan. Nie wszyscy rdzenni mieszkańcy Krzeska wiedzą o tym zabytku archeologiczno-historycznym, a tym bardziej ludzie z okolicznych wsi.
Image and video hosting by TinyPic
Ja o tym grodzisku dowiedziałem się od swego ojca – Franciszka (C-16) Orzełowskiego, którego bardzo interesowały wszystkie wydarzenia, jakie zachodziły w tej okolicy. Pewnego dnia przyszedł do niego kolega mieszkający w tej samej wsi z taką informacją: - „Franciszek, do wsi Izdebki (niedaleko od Krzeska) najechało się ludzi i łyżkami rozgrzebują kopce-kurhany, które od wieków tam stoją w lesie”. Tata żywo zareagował na tę informację i jeszcze w tym samym dniu pojechał rowerem, aby naocznie przekonać się, co tak naprawdę dzieje się przy kurhanach. Zastał tam ekipę archeologiczną, która przystąpiła do metodycznych badań. Prace były zamierzone na większą skalę i w dalszej perspektywie miały być przeniesione do grodziska w Krzesku.
Do kurhanów w Izdebkach nie pojechałem, ale wraz ze swoim ojcem miałem okazję widzieć prace archeologiczne prowadzone na terenie grodziska w Krzesku. Ogromne wrażenie wywarła na mnie solidna palisada-ostrokół, stanowiąca główne rusztowanie w rozkopanym obwałowaniu. Mimo upływu tylu wieków, rusztowanie zrobione ze smolnego drewna krzepko się trzymało.
Po raz pierwszy na terenie powiatu siedleckiego starożytnościami zainteresował się - Józef Mikulski (1888-1969), profesor liceum siedleckiego, a zarazem wielki miłośnik archeologii i prekursor terenowych badań archeologicznych na Mazowszu. Zarejestrował w swoim katalogu wiele zabytków Ziemi Siedleckiej - między innymi grodzisko w Krzesku. Z wykształcenia był nauczycielem geografii i geologii. Przed wybuchem I wojny światowej pracował jako nauczyciel w Nałęczowie. Uczył też w tajnej szkole w Warszawie. W 1929 roku zdobył dyplom nauczyciela szkół średnich, a potem skończył wyższy kurs geografii u prof. Romera we Lwowie.
Od roku 1928 związał się z miastem Siedlce i był między innymi pierwszym prezesem Oddziału Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego. Zapamiętano go jako wybitnego pedagoga, krajoznawcę, niestrudzonego działacza regionalnego i miłośnika Ziemi Podlaskiej. Będąc nauczycielem geografii i przyrody w gimnazjach państwowych i prywatnych, rozbudził wśród uczniów zamiłowanie do wędrówek, poznawania najbliższej okolicy oraz gromadzenia znalezisk archeologicznych. Od 1930 roku funkcjonowały pod jego kierunkiem koła krajoznawcze w siedleckich gimnazjach: im. Hetmana Żółkiewskiego oraz im. Bolesława Prusa. W ramach działalności tych kół organizował wycieczki krajoznawcze, mające na celu propagowanie wśród młodzieży piękna Ziemi Podlaskiej, poznanie historii i tradycji najbliższego regionu oraz krzewienie zamiłowania do krajoznawstwa i turystyki. Młodzież szkolna towarzyszyła mu często w pracach wykopaliskowych, prowadzonych w bliższych i dalszych okolicach Siedlec. Często podczas wędrówek przytaczał swoim uczniom słowa prof. Józefa Kostrzewskiego (1885-1969): - „Złamane drzewo odrośnie, rana zadana ciału zagoi się, ale szkoda spowodowana zniszczeniem zabytku archeologicznego nie da się nigdy naprawić”.
Penetrował Ziemię Podlaską, poszukiwał śladów dawnej przeszłości, wygrzebywał z ziemi skorupy garnków, narzędzia, odkrywał dawne cmentarzyska i odczytywał ich wiek ze sposobu położenia, wyposażenia oraz kształtu. Dzięki jego zabiegom jeden z przystanków kolejowych, znajdujący się w sąsiedztwie odkrytego grodziska, otrzymał nazwę - Grodziszcze Mazowieckie. Wszystkie znaleziska skrzętnie opisywał, klasyfikował, ewidencjonował i umieszczał w szafach swojego gabinetu. Zbiory te służyły mu jako doskonały materiał poglądowy na lekcjach.
W latach 60-tych XX wieku pracownicy Instytutu Historii Kultury Materialnej PAN w Warszawie przeprowadzili badania sondażowe i ustalono, że gród w Krzesku powstał w VII-VIII wieku, a przestał funkcjonować w XII-XIII wieku. Równocześnie z w/w pracami zbadano dwa średniowieczne kurhany-kopce, które od wieków pozostawały w lesie w pobliżu wsi Izdebki. Odkryto w nich kości ludzkie, drobne węgle drzewne, ułamki naczyń glinianych, odłamki krzemienia. Grodzisko i Kurhany zaliczane są do najstarszych i najciekawszych znalezisk wczesnośredniowiecznych. Sypane blisko tysiąc lat temu ulegają zniszczeniu, a powinny pozostać, jako widomy znak zbiorowej pracy naszych praojców. Toteż winniśmy je strzec przed zniszczeniem. Mieszkająca tu w pobliżu grodzisk drobna szlachta, mimo niebezpieczeństw i trudów, wytrwała na miejscach, na których ją przed wiekami osadzono. W ten sposób obroniła dla siebie i dla Polski ziemie, jakie jej nadano.
Znany polski poeta, pedagog, działacz charytatywny i czołowy bajkopisarz - Stanisław Jachowicz (1796-1857) w jednej ze swoich bajek użył sformułowania: - "cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie co posiadacie". Jest to stare przysłowie, lecz z wielką precyzją odzwierciedla aktualny sposób podchodzenia przez Polaków do swojego kraju, jak i również innych aspektów życia. Zaś Zygmunt Gloger (1845-1910) - polski historyk, archeolog, etnograf, folklorysta i krajoznawca, swoją sztandarową czterotomową księgę, jaką była „Encyklopedia Staropolska”, opatrzył takim mottem: – „Obce rzeczy wiedzieć dobrze jest, swoje - obowiązek …”. Przywołane powyżej twierdzenia są i dzisiaj aktualne.
Jeszcze w okresie zaborów, ojcu krajoznawstwa polskiego -Aleksandrowi Janowskiemu (1866-1944) towarzyszyła myśl, aby dla młodzieży szkolnej organizować wycieczki po bliskiej i dalszej okolicy, pokazywać jej piękno i budzić miłość do ojczystej ziemi. Poznawanie kraju i zabytków przeszłości, daje podstawowy zasób wiedzy o dziejach ojczystych. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę w 1918 roku, myślą przewodnią wszystkich organizacji turystycznych było hasło: "Przez poznanie do umiłowania, przez umiłowanie do czynów ofiarnych". Byłoby dobrze, gdyby w nauczaniu dzisiejszej młodzieży ta maksyma także obowiązywała.
Grodzisko średniowieczne w Krzesku, a także wspaniały głaz narzutowy leżący niedaleko pobliskiej wsi – Wólka Kamienna, mogłyby być celem wycieczek szkolnych, gdzie na miejscu w sposób poglądowy można uczyć dzieci rodzimej historii. Taka nauka jest lepszą od statycznego przekazywania wiedzy w ławce szkolnej. Lekcja poglądowa w terenie, byłaby także lekcją krajoznawstwa.
Image and video hosting by TinyPic

Stanisław (C-1645) Orzełowski, syn Franciszka
wychowany we wsi Plewki,
zamieszkały w Siedlcach.
Dodał:  ajan dnia kwiecień 17 2018 23:49:10         0 Komentarzy · 25 Czytań · Drukuj
 
 
Wspomnienia Stanisława Orzełowskiego i jego ojca Franciszka z Plewek część I.
Image and video hosting by TinyPic C-1645 Stanisław Orzełowski o sobie: Urodziłem się w 1942 roku we wsi Zdany, gdzie moi rodzice mieszkali okresowo przez dziewięć lat. Jesienią 1945 roku przesiedliliśmy się do wsi Plewki i tu spędziłem całe swoje dziecinne i młodzieńcze lata. W 1949 roku rozpocząłem naukę w Szkole Podstawowej w Tchórzewie, którą ukończyłem w 1956 roku. Po jej ukończeniu zatrzymany zostałem w domu rodzinnym na dwa lata do pomocy mamie, bowiem w 1956 roku tata był umierający. Zatrzymali mnie też dlatego, bo starszego brata Tadeusza mieli zabrać do wojska. Mama zatrzymując mnie, zabiegała jednocześnie i skutecznie o odroczenie służby wojskowej dla Tadeusza, który z urzędu przewidziany był na gospodarza. Na moje pytanie, co ze mną będzie później, odpowiedziała tak:- „może oddamy cię do terminu na kowala lub stolarza”. Tak minęły dwa lata, po których za namową kolegów potajemnie przed rodzicami wysłałem podanie do szkoły górniczej w Katowicach i zostałem przyjęty bez egzaminu.
Jako 15-letni chłopak, we wrześniu 1958 roku wyjechałem w nieznany, daleki świat do Katowic. Drogę przetarli mi koledzy z mojej wsi: Zygmunt Chromiński syn Jana i Stanisław Wacławek, którzy wyjechali tam do szkoły górniczej rok wcześniej. To Zygmunt Chromiński pomógł mi napisać podanie do dyrekcji szkoły, w którym prosiłem, aby przyjęto mnie bez egzaminu. Tak rozpoczęła się moja przygoda z górnictwem. Wszystko, co zobaczyłem po drodze i w Katowicach, było mi nieznane, tajemnicze. Była to moja pierwsza podróż, nigdy wcześniej nie jechałem pociągiem. Zresztą w ogóle zbytnio się od rodzinnej wsi nie oddalałem, może ze trzy razy byłem w Siedlcach. Świat, który zobaczyłem, był dla mnie, wiejskiego chłopca, tak kolorowy, tak wielki, że długo nie umiałem się z tym oswoić. Tęsknota za domem rodzinnym, za rodzicami i rodzeństwem była tak wielka, że listy otrzymywane od mamy (mama pisała listy) czytałem po wiele razy, znając niektóre z nich na pamięć. Moja determinacja, aby wyrwać się z domu i zaistnieć samodzielnie była tak duża, że nie wystraszyłem się kopalni, w odróżnieniu od kilku moich kolegów, którzy razem ze mną rozpoczynali naukę i po kilku miesiącach rzucili szkołę. Ja wytrzymałem, ale tęsknota była dla mnie największym problemem w pierwszym roku pobytu w internacie. Powoli nasiąkałem atmosferą Śląska, coraz bardziej podobało mi się to miasto, pięknie iluminowane kolorowymi neonami, cieszyłem oczy secesyjną architekturą.
Najpiękniejszym okresem mojego sześcioletniego pobytu w Katowicach, był czas mojej dwuletniej przynależności do Harcerstwa. Harcmistrzem moim był pan Witek, pilot szybowcowy, mistrz Polski, zapalony harcerz patriota i wspaniały człowiek. On pokazał mi piękno Ziemi Śląskiej, gdy wspólnie odnawialiśmy szlaki Powstańców Śląskich. Wędrowaliśmy z menażką farby od Oświęcimia po Górę Świętej Anny. To piękne ukształtowanie Ziemi Śląskiej mam do dziś przed oczami. Tu zakiełkowało ziarno mojej pasji turystyczno – historycznej, które żyje we mnie do dziś. Mój harcmistrz Witek zaszczepiał w swoich harcerzach nie tylko miłość do ojczyzny poprzez jej poznanie. Sam był mistrzem szybowcowym, a nas chcąc tym pięknym sportem zarazić, całą naszą drużynę zapisał na kurs szybowcowy. Trenowaliśmy skoki z wieży spadochronowej w Parku Kościuszki w Katowicach, a zajęcia teoretyczne odbywały się na lotnisku w Katowicach-Muchowcu. Niestety, dla mnie kariera pilota szybowcowego skończyła się po roku, gdy na badaniach specjalistycznych we Wrocławiu komisja orzekła, że niewielkie braki w uzębieniu, będą w istotny sposób niekorzystnie wpływać w przeciążeniach w czasie szybowania. Byłem niepocieszony, bo wszyscy pozostali moi koledzy z drużyny otrzymali licencje pilotów szybowcowych.
Górnikiem byłem przez sześć lat. Po ukończeniu trzyletniej ZSZ – podjąłem pracę, jako młodszy wykwalifikowany górnik, na tzw. „dole”. Pracowałem na różnych poziomach wydobywczych od 300 do 600 m pod ziemią przy różnych pracach, tak przy urabianiu węgla, jak i robotach towarzyszących. Między innymi w transporcie drzewa i elementów żelaznych do obudowy chodników. Pracowałem także w ekipie budującej zapory przeciwpożarowe w chodnikach wentylacyjnych. Z racji tego, że pracując uczęszczałem do Technikum Górniczego, mieliśmy zagwarantowaną pracę w trybie dniówkowym, a nie zmianowym. Pracowaliśmy tylko w dzień i w nocy, zaś popołudnia mieliśmy wolne na naukę.
Praca w podziemiach kopalni jest specyficzna, trudna i nie łatwo jest nawet wyobrazić sobie jej złożoność. Ten, kto nigdy się z nią nie zetknął, nie będzie wiedział, na czym ta specyfika polega. Przede wszystkim pracuje się tam w ciemnościach, ze świadomością ciągłego zagrożenia tąpnięciami górotworu, wybuchem gazu i pyłu węglowego. Praktycznie po wyjeździe na powierzchnię, nie jest możliwe za jednym razem wymyć się do czysta. Ten węglowy pył, kurz, tak wchodzi w pory skóry, że nie sposób się go pozbyć. Ponadto po wyjściu z windy dostaje się takiego światłowstrętu, że oczy bolą.
Na koniec osiadłem w Siedlcach. W swoim życiu „posmakowałem” różnego chleba. Znam doskonale trud rolnika, niewdzięczną, krecią pracę górnika i 25-letnią służbę więzienną - bez satysfakcji. Od młodzieńczych lat rzucony jak łupina na morze, daleko od swej rodziny doznałem ogromnej tęsknoty. Niczym, w porównaniu z tęsknotą był fakt, że nie miałem w co się ubrać i co założyć na nogi. Gdyby nie dali nam w szkole mundurów górniczych, w lichym ubranku jechałbym do rodzinnego domu na Boże Narodzenie. Będąc środkowym dzieckiem u rodziców (czworo rodzeństwa przede mną i czworo za mną), mogłem przeżyć i doznać wspaniałego uczucia, jakim jest oczekiwanie na przyjazd starszego rodzeństwa, oraz uczucia, że jest się oczekiwanym przez młodsze rodzeństwo. Takich uczuć mogą zaznać dzieci - tylko z wielodzietnych rodzin, a ja miałem to szczęście.

Z opowieści mego ojca – Franciszka (C-164) Orzełowskiego rocznik 1910 rodem ze wsi Plewki gmina Zbuczyn.
Dla lepszej identyfikacji, w swoich wspomnieniach będę się powoływał na numery indeksu przypisane poszczególnym członkom rodziny, które zostały zawarte w napisanych przeze mnie księgach genealogicznych: „Historia Rodu Orze(y)łowskich 1750-2001”, „Historia Rodu Jasińskich 1750-2005”.

Mój ojciec był człowiekiem o szerokich horyzontach, interesowało go wiele rzeczy w otaczającym świecie. Zarejestrował w swojej pamięci dużo wydarzeń, nie tylko tych, które znał z autopsji, ale również te zasłyszane od ludzi poprzedzających go w życiu. W dzieciństwie z racji uroczystości odpustowych w okolicznych parafiach, wraz ze swoimi rodzicami często odwiedzał krewnych zamieszkujących w dalszej okolicy: -Radzików Wielki, Pióry Wielkie, Wielgorz, Radomyśl, Grodzisk, Dziewule. Podczas tych spotkań wsłuchiwał się w opowieści snute przez rodowych seniorów.
Już w młodzieńczych i kawalerskich latach, zaczął przemieszczać się konno, bryczką, zimą sankami, aby spotykać kolegów, koleżanki, a także młodzież z kuzynostwa, rozsianą po okolicznych wsiach. Bywał nawet w dalekim Rozwadowie koło Ulana, gdzie w 1924 roku wyszła za mąż jego stryjeczna siostra Weronika (C-114) Orzełowska z Grodziska. Bardzo często pojawiał się w Wielgorzu w domu Macieja (C-43) Orzyłowskiego, gdzie serdecznie przyjmowały go jego córki: - Jadwiga, Wanda, Aniela oraz syn Emilian (C-432), który był dla mego ojca autorytetem. Był on starszy od mego taty o trzy lata. Studiował weterynarię na Uniwersytecie Warszawskim. To jego mój tata pytał, dlaczego w naszym rodzie dwojako pisane jest nazwisko: – raz Orzełowski, a raz Orzyłowski. Niestety, Emilian także nie znał przyczyny.
Dopiero przy pisaniu przeze mnie księgi genealogicznej pt. „Historia Rodu Orze(y)łowskich 1750-2001” i przebadaniu dokumentów w archiwach okazało się, że głównym powodem perypetii z nazwiskiem rodowym stał się niefortunny dokument wydany przez władze carskie przedstawicielom naszego rodu w 1853 roku. Poniżej przedstawiam pokrótce historię tego dokumentu.
- W dniu 7 lipca 1836 roku car Mikołaj I, określany w naszej historii jako „polakożerca” (panował w latach 1825-1855), podpisując dekret o „dworiaństwie” (szlachectwie), zastanawiał się, co zrobić, aby przywilejami wynikającymi z dekretu nie obdarzyć polskiej szlachty. Wiemy, że były to czasy, gdy Polska przeżywała tragiczny okres rozbiorów.
Były to lata niespokojne i obfitowały wieloma zrywami powstańczymi. Ludność szlachecka dzieliła losy całego narodu. Powszechnie było wiadomo, że ta część narodu odznaczała się dużym patriotyzmem. Wedle opinii cara i jego otoczenia, odpowiedzialność za wydarzenia lat 1830-31 (Powstanie Listopadowe) ponosiła szlachta polska. Wymyślono więc chytry sposób, żeby pokarać liczną drobną szlachtę, uważaną za „drożdże” wszystkich buntów narodowo-wyzwoleńczych. Sposobem tym miała być weryfikacja szlachectwa. Każdy, kto chciał uchodzić za szlachcica musiał udowodnić przed urzędem Heroldii (Heroldia Królestwa Polskiego – władza rządowa, komisja do rozpatrywania dowodów szlachectwa, czyli legitymacji szlacheckiej, ustanowiona w Polsce po roku 1831, po zakończeniu powstania listopadowego, pierwotnie (od 1832) w formie Tymczasowego Komitetu do Rozpoznawania Szlachectwa. Ukaz carski powołujący Heroldię nosi datę 25 czerwca1836 r.), że któryś z jego protoplastów w linii męskiej przed 1775 rokiem: władał wsią, sprawował godność posła czy senatora, pełnił wyższy urząd państwowy lub został odznaczony Orderem Orła Białego, czy Św. Stanisława. Po wydaniu pozytywnej opinii przez Heroldię, nazwisko osoby wylegitymowanej wpisywano do ksiąg. Praca Heroldii trwała do 1861 roku. Po tym czasie żadne roszczenia do tytułu szlacheckiego nie były w zasadzie uwzględniane. Procedura legitymacyjna była długa i kosztowna. Zdobycie żądanych dokumentów, jeśli nie były one przechowywane w zbiorach rodzinnych, wymagało wielu zabiegów i funduszy. Nie dziwi więc fakt, że wymogom przepisów weryfikacji sprostało niecałe 10% szlachty osiadłej na wsi.
Osoby, które zadośćuczyniły wymogom legitymacyjnym, otrzymywały z Heroldii specjalne, ozdobne świadectwo-dyplom, oczywiście po uiszczeniu „opłaty stemplowej”. I choć szlachectwo dawało niewielkie przywileje, to jednym z najważniejszych była możliwość uzyskania uchylenia od poboru do wojska dla siebie i dzieci, o ile osoba zainteresowana weszła i pozostała w carskiej służbie cywilnej przynajmniej dziesięć lat. Przepis ten zamieniał uciążliwą i długoletnią służbę w armii rosyjskiej na służbę w aparacie administracyjnym. Wiązał więc szlachtę z państwem zaborczym. Młodzież szlachecka, która odbywała służbę wojskową, korzystała z przywileju skrócenia czasu służby z 15 do 10 lat. Istniała też dla niej możliwość zdobywania stopni oficerskich. Od 1845 roku szlachectwo decydowało o przyjęciu do gimnazjów oraz dawało możliwość ubiegania się o częściowe anulowanie opłat szkolnych.
Świadectwa-dyplomy o szlachectwie wydane zostały przez Heroldię Królestwa Polskiego wszystkim pełnoletnim członkom rodów, które zdołały się wylegitymować. W naszym rodzie do dnia dzisiejszego zachowały się tylko dwa takie świadectwa. Jedno, wystawione w 1851 roku, a wydane w 1853 roku Tomaszowi (C-1) Orzełowskiemu s. Modesta; i drugie wystawione i wydane w 1855 roku Ignacemu (B) Orzełowskiemu s. Andrzeja. Niestety, w świadectwie-dyplomie o szlachectwie nazwisko wypisano błędnie. Nie zważając na to, że legitymujący się, jak również ich ojcowie i dziadowie mieli w swych aktach urodzenia zapisane nazwisko ORZEŁOWSKI, Heroldia zapisała im w dyplomie – ORZYŁOWSKI.
Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPic
Zanim przystąpiłem do pisania ksiąg genealogicznych (powstały dwie: „Historia Rodu Orze(y)łowskich 1750-2001” i „Historia Rodu Jasińskich 1750-2005” (moja mama pochodzi z tego rodu), z pamięci mego ojca wydobyłem wiele opowiadań. Były do gawędy snute przy różnych okolicznościach, które zapamiętywałem i później skrzętnie zapisywałem w swoich notatkach. Jedna z jego opowieści dotyczyła dużego majątku położonego w obszarze wsi Krzesk, którego właścicielem był pan Zygmunt Ścibor Marchocki. Po sąsiedzku w okolicy wsi Zawady położony był drugi majątek, którym władała Zygmunta siostra – Janina Marchocka.
Z treści tego opowiadania wynikało, że na przełomie XIX i XX wieku, gdzieś około roku 1900, Zygmunt Marchocki popadł w tarapaty finansowe. Nie mogąc znaleźć innego sposobu pozyskania gotówki, postanowił sprzedać 300 ha swego lasu, będącego integralną częścią kompleksu zwanego „Borowiną”. O tym fakcie mało kto wiedział, ja zaś dowiedziałem się od swego ojca - Franciszka, który z kolei powziął te wieści od swego ojca – Tadeusza (C-16) Orzełowskigo.
Image and video hosting by TinyPic Dworek rodzinny Orzełowskich w Plewkach.
A było to tak:
W lutowy poranek 1900 roku Tadeusz (C-16) wyszedł przed dom na drogę wiejską i ujrzał zbliżającą się do niego od strony Szosy Brzeskiej gromadę mężczyzn. Każdy z nich trzymał w ręku na ramieniu ciężką siekierę, wręcz topór. Ci mężczyźni zapytali Tadeusza, czy pozwoli im wejść na podwórko aby mogli się napić wody przy studni. Wówczas mój dziadek Tadeusz powiedział , że gospodyni zagrzeje im wodę, aby nie pozaziębiali się. Jednak oni odmówili twierdząc, że są zahartowani jako drwale, więc zimna woda im nie zaszkodzi. Dziadek zaczął dopytywać, gdzie idą z tymi toporami, a oni zdziwieni, że mieszkaniec wsi Plewki nic nie wie o wielkim wydarzeniu, jakim było sprzedanie 300 ha lasu przez właściciela majątku, leżącego sześć km obok wsi Plewki. Powiedzieli, że pochodzą z Małopolski, z okolic Kielc i zostali zakontraktowani do wyrębu lasu przez handlowca narodowości żydowskiej, który kupił las od Zygmunta Marchockiego z Krzeska. Dziwili się, że w Małopolsce wiedzą o tym wydarzeniu, a w sąsiedniej wiosce nikt o tym nie wie.
Drwale przyjechali z Kielc pociągiem i wysiedli na stacji Dziewule w gminie Zbuczyn, aby dalszą drogę 12 km przebyć piechotą; przez wsie - Łęcznowola, Pogonów, Plewki, Kwasy – do lasu Borowina. Mego dziadka zainteresowały szczególnie te wielkie ich siekiery, więc zapytał, czy byłoby możliwe nabycie od nich takiego narzędzia. Oni odpowiedzieli, że będą wracać po około dwóch tygodniach tą samą drogą, więc będzie taka możliwość, a oni w rodzinnych stronach kupią sobie nowe. I rzeczywiście tak było, gdy drwale wracali po wyrębie lasu, wielu gospodarzy kupiło to narzędzie, w tym i mój dziadek Tadeusz.
Interesującym jest to, że drwale nie mieli pił, tylko siekiery-topory. To narzędzie, które nabył dziadek Tadeusz, służy w rodzinie do dnia dzisiejszego. Zrobione jest z tak dobrej stali, że nie popsuło się, gdy używano tej siekiery do rozcinania drutu zbrojeniowego, przy budowie domu, przez mego brata – Albina Orzełowskiego. Mój ojciec mówił, że do wykonania dobrego narzędzia używano specjalnej stali, której obróbka owiana jest wielką tajemnicą, której nie zdradzano przez setki, a może i tysiące lat. Z literatury wiem, że taką tajemnicą owiana była produkcja białej broni (mieczy i szabel) ze stali damasceńskiej, której proces produkcji nigdy nie został opanowany w Europie.
Gdy się spojrzy na mapę fizyczną, na której widać las „Borowina” koło Krzeska, każdy zauważy, że część lasu sprzedanego Żydom przez Zygmunta Marchockiego, została wydzielona przy pomocy teodolitu, równiutko jak pod sznurek (fot. nr 4). Zastanawiałem się, czy przekazana wiadomość przez drwali memu dziadkowi, że mieli wyciąć 300 ha lasu – jest prawdziwa. Gdy się odniesiemy do mapy, okazuje się, że tak. Wycięte drewno zostało ułożone w sągi (Sąg – rodzaj jednostki miary objętości drewna, która jest stosowana w leśnictwie oraz drzewnictwie. Każdy sąg zawiera stos drewna o objętości 4 m³ (metry przestrzenne) z jednego sortymentu.), a potem wywiezione furmankami. Żydzi kupili las, ale wykorzystali tylko drewno, zaś ziemię po wyciętym lesie porzucili. Z wszystkich drzew na 300 hektarowym obszarze pozostały tylko dwa nieścięte chojary, rosnące na skraju wsi Kwasy. A wszystko przez fakt, że na tych drzewach były zrobione małe kapliczki. Nadzorca drwali zapytał Żyda, czy mają wyciąć także te chojary z kapliczkami, ale odpowiedź była przecząca. Żyd powiedział, że nie będzie się narażał - bogom Gojów (Goj (z hebrajskiego) „naród nie żydowski”. Określenie pojawiające się wielokrotnie w Torze, w zależności od kontekstu, może mieć wydźwięk pejoratywny, wyrażający lekceważenie wobec innowierców lub innych.) i kazał je pozostawić. Stały te chojary bardzo długo, aż uschły. Obecnie stoi tam uschnięty kikut z kapliczką.
Image and video hosting by TinyPic

Image and video hosting by TinyPic
Gdy organizowałem w 2003 roku Wielki Zjazd dla Rodu Orze(y)łowskich we wsi Plewki (zjechało się na niego z całego świata około 1000 osób), szukałem wówczas w okolicy dużego kamienia, który chcieliśmy postawić na miejscu zjazdu, jako pamiątkę. Moi kuzyni z Wólki Kamiennej podpowiedzieli mi, że mają taki odpowiedni kamień, który wykopali na polu po dawnym lesie, w części Borowiny sprzedanej Żydom w 1900 roku. Kamień zawadzał im przy głębokiej orce, więc wykopali go i odciągnęli do pobliskiego lasu przy wsi Kwasy. Niestety nie zdążyliśmy go zagospodarować, bowiem ktoś go ukradł. Ów kamień miał formę połowy owalnego jaja o wymiarach 100/120 cm. Przypuszczamy, że służył on w zamierzchłych przedchrześcijańskich czasach, jako stół ofiarny w leśnym Świętym Gaju. Musieliśmy poszukać innego kamienia na potrzeby zjazdu. Znaleźliśmy go w żwirowni we wsi Okniny).
Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic
W niedługim czasie po sprzedaży tych 300 ha lasu Żydom (około 1905 r.), Zygmunt Ścibor-Marchocki ufundował spory nadział ziemi na użytek kościelny. Krzesk, jako parafia - została utworzona (w większej części z parafii zbuczyńskiej i częściowo z międzyrzeckiej) przez biskupa podlaskiego - Henryka Przeździeckiego, aktem erekcyjnym z kwietnia 1919 roku. Starania o jej utworzenie trwały bez mała piętnaście lat. Pierwszym proboszczem w kościele w Krzesku mianowany został ksiądz Roman Wilde. Według zapisków znajdujących się w archiwum wyżej wymienionego kościoła, a sporządzonych przez panią Marchocką Janinę, świątynię murowaną wzniesiono w latach 1910-1914 staraniem księdza Romana Wilde z funduszu parafian, zwłaszcza Zygmunta Ścibor-Marchockiego, który ufundował nadział ziemi; pod kościół, plebanię i pod uprawę. W 1919 roku kościół erygowano, a w 1920 konsekrowano. Do parafii należały następujące wsie: Krzesk, Grochówka, Kolonia Kożuszki, Izdebki-Kośmidry, Izdebki-Kosny, Izdebki-Wąsy, Łuby, Łuniew, Maciejowice, Ostoje, Sobicze, Tęczki, Wesółka oraz folwarki: Krzesk i Zawady. W czasie I Wojny Światowej kościół w Krzesku nie doznał większego uszczerbku, natomiast w 1918 roku Niemcy zabrali dzwony z wieży kościelnej. Kościół jest pod wezwaniem Matki Boskiej Częstochowskiej.
Kiedyś zapytałem mego ojca, jak poddani oceniali właściciela majątku – Zygmunta Marchockiego. Powiedział, że to co usłyszał o nim w młodych latach świadczyło, że cieszył się dobrym mirem. Jego postawa podobno była uczciwa, a potrafił także hojnie oceniać lojalność. Przykładem może być sytuacja, która miała miejsce ponoć w lipcu 1920 roku. Gdy od wschodu nadciągała fala Bolszewików, jeden z poddanych (nazwiska mój ojciec nie znał) uratował Marchockiemu stado bydła, umiejętnie chowając je w kompleksie leśnym „Borowina”. Za taką uczciwą postawę i oddanie dla swego pracodawcy, właściciel majątku wynagrodził go nadziałem ziemi.
Po wybuchu II Wojny Światowej, gdy od wschodniej granicy weszła do Polski 17 września 1939 roku Armia Czerwona, Bolszewicy pojmali Zygmunta Marchockiego i wywieźli w głąb Rosji. Okazało się po latach, że podobno znajdował się na liście pomordowanych w Kozielsku, jako NN (osoba nieznana). Po wojnie w 1945 roku posiadłość Marchockich rozparcelowano, a pałac po nich służył za siedzibę władzom gromadzko-gminnym, aż do (prawie) całkowitego wyeksploatowania. W mojej pamięci pozostały wspomnienia, gdy w latach 1950-1956 roku zawożono nas dzieci ze Szkoły Podstawowej w Tchórzewie - do Krzeska, na festyn organizowany z okazji Święta 1-go Maja. Cała uroczystość odbywała się w pięknym przypałacowym parku.
Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic

Stanisław (C-1645) Orzełowski,wychowany we wsi Plewki,
zamieszkały w Siedlcach.
Foto autora i ze zbioru Jana Aleksandrowicza



Dodał:  ajan dnia marzec 12 2018 07:49:56         0 Komentarzy · 31 Czytań · Drukuj
 
 
Dzieje zaścianku szlacheckiego Wysokiny.
Image and video hosting by TinyPicPani redaktor Agnieszka Warecka w tygodniku "Echo Katolickie" 9/2018 r. z dnia 1.III.2018 r.( Diecezja Siedlecka) napisała bardzo ciekawy artykuł "Z wizytą w Zaścianku" na podstawie książki Mieczysława Kalickiego z Grochówki "Dzieje zaścianku szlacheckiego Wysokiny" Zbuczyn 2017, który niżej przytaczam.

Cudze chwalicie...
28 lutego 2018 r.
Z wizytą w zaścianku
Image and video hosting by TinyPic „Silva rerum” w tłumaczeniu z łaciny oznacza „las rzeczy”. Nieprzypadkowo określenie to znalazło się w podtytule książki Mieczysława Kalickiego. Opisując dzieje zaścianku szlacheckiego Wysokiny, autor wspomina bliskie sercu miejsca i zasłużonych dla regionu ludzi. Dla mieszkańców gminy Zbuczyn opracowanie może okazać się cennym zbiorem wiadomości o przeszłości ich małej ojczyzny.
W przedmowie do książki „Dzieje zaścianku szlacheckiego Wysokiny” wójt gminy Zbuczyn Tomasz Hapunowicz zastrzega, iż publikacja nie jest monografią w dosłownym znaczeniu tego słowa, ale też nie taki - jak pisze - był zamysł autora. Tekst jest pozbawiony dystansu cechującego prace naukowe, choć jego niewątpliwą zaletą są przypisy - odnośniki do fachowych opracowań - zwłaszcza w części poświęconej historii wczesnośredniowiecznego osadnictwa.
Książka M. Kalickiego ma charakter domowej kroniki przy założeniu, iż hasło „dom” rozszerzymy na rodzinną miejscowość i sąsiedztwo piszącego; słowem: małą ojczyznę tak bliską i kochaną, że stanowiącą źródło inspiracji do twórczych poszukiwań autora już od ponad 20 lat.

Jak to się zaczęło?
Bodźcem do odkrycia pasji polegającej na zgłębieniu historii własnej rodziny, jak i wsi pochodzenia, czyli Grochówki, a w dalszej kolejności także miejscowości wchodzących w skład zaścianku szlacheckiego Wysokiny, było - jak tłumaczy pan Mieczysław - samo życie. Nasilające się od 1996 r. problemy zdrowotne wymusiły na autorze rezygnację z aktywności zawodowej. Sposobem na zagospodarowanie wolnego czasu okazało się znalezienie sobie hobby. Wybór padł na dziedzinę sercu najbliższą, tj. rodzinę - z uwzględnieniem jej dawnych dziejów, aż po historię wsi, parafii… Poszukiwaniom na niwie genealogii (spisał historię Kalickich i Łukasiewiczów) towarzyszyła pasja kolekcjonerska. Z czasem archiwalnych dokumentów czy „staroci” - jak określa zabytkowe przedmioty - nagromadziło się na tyle dużo, że trzeba było znaleźć im godną oprawę. - Aby służyły ludziom - wyjaśnia motywację służącą przekazaniu archiwaliów miejskim placówkom: archiwom, muzeum, bibliotekom… Przykładowo siedlecka szkoła muzyczna wzbogaciła się o plik zeszytów z nutami znanych kompozytorów z początku XX w., zdobionych pięknymi ornamentami. Inne z dokumentów obfitowały w ciekawostki historyczne z życia regionu, noty biograficzne o ludziach stąd. Były też archiwalne zdjęcia, świadectwa szkolne, a nawet mapy i rejestry scaleniowe gruntów okolicznych wiosek z lat 20 i 30 ubiegłego wieku. Do dziś M. Kalicki zbiera monety, wspierając tym samym kącik historyczny istniejący przy szkole w Krzesku.
Zacięcie w systematyzowaniu wiedzy na temat małej ojczyzny zaowocowało wydawnictwem traktującym o dziejach parafii Krzesk, opublikowanym w 100-lecie jej istnienia, tj. w 2007 r. Zachęcony pozytywnym odzewem autor rozszerzył z czasem poszukiwania o gminę, czego efektem było opracowanie pod jego redakcją książki „Z kart historii parafii Krzesk i gminy Królowa Niwa”. Pod koniec 2013 r. rozpoczął pracę nad przybliżeniem dziejów sąsiedniej parafii - Krzewicy. Pan Mieczysław regularnie pisuje też do Rocznika Międzyrzeckiego. Ponadto jest członkiem Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Międzyrzecu Podlaskim oraz Siedleckiego Klubu Kolekcjonerów.

Sentymentalna podróż
„Dzieje zaścianku szlacheckiego Wysokiny” to najnowsza książka autorstwa M. Kalickiego. Jej podtytuł - „silva rerum” - wskazuje na cechującą wydawnictwo tematyczną rozmaitość. W goszczącej w dawnych szlacheckich domach „sylwie” odnotowywano najistotniejsze wydarzenia z życia rodziny, opisywano uroczystości ważne w skali regionu, ale też wydarzenia o doniosłym znaczeniu dla kraju. Domowa kronika pełniła także formę pamiętnika - na łamach księgi wpisy zostawiali goście odwiedzający szlachecki dom. „Silva rerum” była też miejscem praktykowania własnej twórczości literackiej. Zapisywano w niej strofy wierszy, odnotowywano znaczenie snów, a nawet… przepisy kulinarne.
Na łamach opracowania stworzonego przez pana Mieczysława znalazło się wspomnienie i dziejów, i ludzi, i miejsc… Zbierający latami informacje dotyczące historii regionu autor snuje przed czytelnikiem barwną opowieść o Wysokinach, Grochówce, Krzesku, Zbuczynie… Na „koloryt” całości wpływ ma zarówno dobór tematów, jak i swobodny, gawędziarski wręcz ton wypowiedzi. W tok narracji wplecione zostały protokoły z zebrań różnych organizacji czy instytucji, co potwierdza przywiązanie piszącego do szczegółów. Urozmaiceniem części opisowej są fotografie, zwłaszcza ukazujące ludzi i miejsca, których próżno szukać współcześnie…
Otwierającemu opracowanie opisowi wczesnośredniowiecznego osadnictwa omawianych ziem towarzyszą odnośniki do fachowej literatury. Przybliżając dawne dzieje małej ojczyzny, autor zagląda do kronik parafialnych i dostępnych źródeł historycznych. Kolejne rozdziały poświęcone są tytułowym Wysokinom - dziś odrębnym miejscowościom: Jakuszom, Tęczkom i Maciejowicom. Czytelnicy mają okazję poznać historię wpisujących się w lokalny pejzaż wiatraków czy młyna, jak również poczytać anegdoty z życia konkretnych rodzin. Na łamach opracowania znalazło się też miejsce na przybliżenie działalności znanych i lubianych organizacji: Kół Gospodyń Wiejskich oraz Ochotniczych Straży Pożarnych. Znawców tematu zainteresuje z pewnością rozdział poświęcony Klubowi Sportowemu „Niwa” Tęczki. Nie brakuje także śladów ludowej pobożności, czego przykładem są choćby dzieje budowanych z potrzeby serca mieszkańców kaplic w Tęczkach czy Maciejowicach.

Książka będąca zachętą do sentymentalnej podróży w przeszłość wzbogacona jest o liczne fotografie pozwalające ocalić od zapomnienia zatarte już w ludzkiej pamięci widoki i twarze.

Kronikarze współczesności
Ostatni, najbogatszy pod względem zgromadzonych materiałów rozdział dotyczy Grochówki, tj. ziemi najbliższej panu Mieczysławowi, wsi jego urodzenia i zamieszkania. Autor szczegółowo opisuje jej dzieje, poszerzając rys historyczny o kontekst działalności wtopionych w wioskową rzeczywistość - i budujących tożsamość mieszkańców - sklepów, szkoły, kościoła, OSP. Nie brakuje też not o wydarzeniach, które odcisnęły trwały ślad na życiu ludności. Jak na pasjonata regionalizmu przystało zwieńczeniem opracowania stały się szkice biograficzne ludzi stąd, którzy swoją pracą, zaangażowaniem, a przede wszystkim talentami i odwagą w realizacji marzeń przyczynili się do promowania miejscowości; innymi słowy: wnieśli znaczący wkład w społeczno-kulturalny rozwój wsi, zapisując się tym samym w sercach mieszkańców i pamięci potomnych.
„Wysokiny” M. Kalickiego mają zadatki stać się bazą pomocną w zgłębianiu poszczególnych, sygnalizowanych na łamach tej książki, tematów. Mogą też obudzić tęsknotę za wiedzą o dawnych dziejach i być pretekstem do sentymentalnej podróży w przeszłość dla innych piewców małych ojczyzn. Bo zebrać dane o miejscowości i usystematyzować je w ramach kolejnych rozdziałów z pozoru może każdy. Grunt, że nie wszystkim się chce... Tym większe uznanie dla tych, którzy mają aspiracje być kronikarzami współczesności.

Image and video hosting by TinyPic fot. archiwum Echa Katolickiego
Człowiek z pasją
Kronikarskie zacięcie - to określenie najlepiej oddaje pasję Mieczysława Kalickiego, polegającą na ocalaniu od zapomnienia dziejów małej ojczyzny. Zainteresowany historią regionu - mimo braku warsztatu pisarskiego, nie posiłkując się żadną metodą naukową - opublikował trzy książki dające pogląd na przeszłość i teraźniejszość miejsc najbliższych jego sercu...
Inspiracją do napisania „Zarysu historii parafii Krzesk 1907-2007” stał się - sygnalizowany w tytule książki - jubileusz. Przymierzając się do opracowania dziejów lokalnego Kościoła, pan Mieczysław odwiedzał archiwa - te najbliższe, parafialne, i diecezjalne, i państwowe. Przepytywał też ludzi, gdyż mieszkańcy są zawsze najcenniejszym źródłem wiedzy o tym, co minione… Próbą szerszego potraktowania tematu stało się wydane pięć lat później opracowanie pt. „Z kart historii parafii Krzesk i gminy Królowa Niwa”. Owocem twórczych poszukiwań autora była też Krzewica.
Skąd to zamiłowanie do utrwalenia wiedzy o ziemi najbliższej? Mieszkaniec Grochówki, wsi przynależnej terytorialnie do gminy Zbuczyn i parafii Krzesk, ma świadomość wielkiego bogactwa tych terenów; bogactwa mierzonego przede wszystkim ludzką aktywnością… Bądź co bądź to oddolnym inicjatywom zawdzięczamy powstanie szkół i kościołów. Z inspiracji mieszkańców rodziło się również życie kulturalne wsi skupione wokół remiz, jak też kontynuowana do dziś tradycja przynależności panów do ochotniczej straży pożarnej czy integracji kobiet w ramach kół gospodyń wiejskich.
- To pasja! - M. Kalicki charakteryzuje zacięcie do systematyzowania wiedzy o miejscach najbliższych sercu. I pomyśleć, że początkiem tego „kronikarskiego” podejścia do życia była praca nad stworzeniem drzewa genealogicznego swojej rodziny…

Agnieszka Warecka
Echo Katolickie Siedlce
Dodał:  ajan dnia marzec 07 2018 07:29:04         0 Komentarzy · 58 Czytań · Drukuj
 
 
Wspomnienia z Krzeska- problemy kawalerki z ożenkiem lata 70.
Image and video hosting by TinyPic
Hektary. Kawaler do wzięcia.
6 stycznia 1980 roku w tygodniku „RAZEM” Nr 1(174) ukazał się artykuł pani redaktor Aliny Niedzielskiej. „Hektary samotności” Ostatnia kandydatka na żonę, gdy przyznał się, że ma cztery krowy, odprawiła go z miejsca: A dój je sam- powiedziała oburzona. - Jakbyś miał jedną, to jeszcze, ale cztery ? Poszukaj sobie głupiej.
Dodał:  ajan dnia grudzień 07 2017 15:11:21         Czytaj więcej · 0 Komentarzy · 100 Czytań · Drukuj
 
 
Zamordowani i prześladowani w trakcie wojeń światowych.
Image and video hosting by TinyPic
Dodał:  ajan dnia listopad 13 2017 02:50:14         0 Komentarzy · 74 Czytań · Drukuj
 
 
Szykowanie się na odpust na Zielne.
<? echo $orygplik; ?> - fotka hostowana na jpghost.pl<? echo $orygplik; ?> - fotka hostowana na jpghost.pl<? echo $orygplik; ?> - fotka hostowana na jpghost.pl<? echo $orygplik; ?> - fotka hostowana na jpghost.pl

Msza maryjna na Matkę Boską Zielną Po co te wiązki i wianki z mięty wrotyczu, rumianku? Niesiemy je na znak hołdu Maryi Pannie przed ołtarz. Hyzop, lawenda, jałowiec? Wszak to potrzebne chorobie? Mamy je, chcemy dziewanną Ucieszyć Maryję Pannę Niechaj to księża poświęcą Dzisiaj w ten dzień Wniebowzięcia. A tę pszenicę i jęczmień Czy także mamy poświęcić? Proso też i mak, i żyto Na coraz większą obfitość. Na cóż bób i rzodkiew zda się w niebie, na rajskim popasie? Maryi z żyta korona, A nam – chleb zeń upieczony. Niechaj je księża święcą Dzisiaj, w ten dzień Wniebowzięcia. Wiersz: Kazimiera Iłłakowiczówna. obraz: Zdzisław Jasieński

Wypisz, wymaluj jak moja babcia Marynia (Marenia Błaziukowa) z biały ternowce z trendzlami , z Jagodzina , ze „snopeczkiem” na Zielne... Uderzająca podobizna twarzy....spotkanie opatrznościowe...

Moje odpusty na Matke Boske Wniebowziente , zwane u nas po rymacku „zielne” nie so najlepszym wspomnieniem. U strojów ojca Stachniuków – szykowano wóz, posiadanki z kilimkami, bryczne konie – schodzili się po kolei : Karolka Szewczuczka, Mama z Tatem – a tu swoja Rózia z Borek (trzecia żona) stryjowa i brat jej Piotr Czerpak. Po drodze zabierali Babcie Marynie, z pękiem szkaplerzy na atłasowym saczku i w białej ternówce, koniecznie w dwóch spódnicach (letniku i rąbkowej ) żeb nie przewiało na furze, Tam jeszcze dalej Wuja matm Kornijczuka ( bywszego sołtys ze...Starego Jagodzina) i ciotuleńke Franie z menżem Franciszkiem (kowalem z Jagodzina. Cała furmanka nabita ludźmi. Mnie nie wzięli nigdy, do Chełma na mielnicki odpust – nie było gdzie mnie już dosadzić.
Poleciałem do Józi Kornyjowej z płaczem..
- Czegoż ty ryczysz? ..no czego? Pojechali, to pojechali, wróco sie! Cukierka ci z odpustu przywiezo!..
- Ot ,pocieszenie.( wytarszy nosa, wypientowałem do domu).
W Chełmie był wielki odpust w katedrze na Wniebowzięcie , na Zielne). Przywieziony z wygnańcami z Wołynia cudowny obraz z Mielnicy, zatrzymał się na Górce. Ks. Marceli Mrozek zachęcał Wołyniaków,” żeby się zjeżdżali skąd mogą, modlili się razem, spotykali.. żeby jedni drugim mówili, gdzie kto mieszka, kto na Zachód pojechał, kto umarł, kto się urodziła a co daj Boże, gdzie wesele się mości. „
Robili snopeczki do świencenia po rymacku: „jabko na patyku, nawlepiej czyrwne... merchewka z ugonkiem i naćko, makówek dwie, dziurawiec, macierzankie, kotki polne, sroczki ze ścierni, suszki, żółcienie, lilijki, kalina, koper i najważniejsze dwie zwitki kłosów, pszeniczne i żytnie). to wszystko ułożone w snopeczek, lniano nitko powipnzane i czerwono wstążko zamotane na kokarde. Wdziałem te zabuskie „snopeczki”. chustki ondawniejsze(gazówki) spódnice saczki, lejbiki, fartuchy i ksionżki nabożne zawionzane w”batystówkie” chustke białe z dziwnymi, jakby jedwabnymi paskami. Czekało sie , pod wieczór, jak wozy tarkoczo ...
– Czy jeszcze nie nasze jado?
Dłużył się czas na tegoż, odpustowego gościńca.. z Chiełma, na Zielne..

PS. Czy wielmożnemu Państwu, podoba się rymaca gwara?

Krzysztof Kołtun - fragment pisanej ksiązki „Wołyńska fortuna z Jagodzina”
Dodał:  ajan dnia sierpień 15 2017 11:34:35         0 Komentarzy · 127 Czytań · Drukuj
 
 
Brama Helenowska i brama Siedlecka "dzwonnica".
Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic
Foto brama Helenowska i po przebudowie.
Brama Helenowska (tak ją nazywano), przez którą był wjazd do koszar od strony Mołodeczna (ok. 1 km). Miasto Mołodeczno w obwodzie Mińskim- Białoruś, 250 km od granicy Polski. Łuk triumfalny, wzniesiono w 1929 roku, wyznaczał paradny wjazd na terytorium garnizonu od dworca w Mołodecznie. Został ozdobiony licznymi płaskorzeźbami i posągami rycerzy i lwów. W zwieńczeniu łuku znajdowała się mała kapliczka, gdzie kapelan pułku błogosławił żołnierzy podczas uroczystości wojskowych. W łuku były trzy bramy, jedna dla pojazdów i dwie dla pieszych. Środkowy wjazd był zbyt wąski, ażeby minęły się w nim dwa samochody. W związku z tym, na początku 1960 roku ze względu na wzmożony ruch w Mołodecznie władze miasta postanowiły zniszczyć łuk.
Po bokach bramy znajdowały się kolumnady, które uniemożliwiały objazd bramy, co po II wojnie światowej przesądziło o jej losie. Po obu stronach stały posągi lwów od których w kierunku bramy prowadziły kute, zwisające łańcuchy na ozdobnych słupkach , a za nimi znajdował się szpaler świerków. Pod szczytem bramy była kaplica, w której w niedziele i święta kapelan Michał Zawadzki odprawiał mszę świętą.
W czasie mszy brama była nieprzejezdna, ponieważ na całej jej szerokości stały krzesła i ławki dla wiernych – żołnierzy. Zburzonej bramy w Mołodecznie już nie ma, ale pamięć o niej pozostała, a zlokalizowany w tamtym miejscu przystanek autobusowy mieszkańcy nazywają „Brama”.
http://kresy24.pl

Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic

Foto 1. Szkic bramy, 2. negatyw szklany B. Nowakowskiego 3. młodzież z Krzeska na tle bramy 1936 r.

Brama Siedlecka.
W latach 1773-1776 z fundacji księcia Michała Fryderyka Czartoryskiego powstała w Siedlcach brama miejska według projektu Szymona Bogumiła Zuga, będąca równocześnie dzwonnicą kościoła parafialnego. Brama została rozebrana przez żołnierzy niemieckich w dniach 10-13 maja 1941 r. gdyż utrudniała przejście i przejazd wojsk na wschód. Przejazd przez bramę należał do „Traktu brzeskiego”. Pomimo tego, że budowla ta została rozebrana , pozostały po niej do dzisiaj jedynie dwa elementy bramy w której były pomieszczenia i schody na górę dzwonnicy. Brama cieszy się ciągle dużym zainteresowaniem.
Czy brama na styku Piłsudskiego i Starowiejskiej w Siedlcach zostanie odbudowana?
W lutym 2017 roku zawiązano społeczny, apolityczny komitet odbudowy zabytkowej bramy. Biskup siedlecki Kazimierz Gurda, prezydent Wojciech Kudelski, minister Krzysztof Tchórzewski i senator Waldemar Kraska. W komitecie znaleźli się architekci, księgowi, samorządowcy, dziennikarze. Do zarządu został zaproszony proboszcz parafii Świętego Stanisława ks. Adam Patejuk, bo to na gruncie należącym do jego parafii stałaby brama.
Są trzy projekty odbudowy obiektu. Pierwszy to wierna kopia oryginalnej bramy, ale wówczas szerokość między filarami wynosiłaby 3,70 m, a to wymusiłoby ruch jednokierunkowy dla samochodów jadących ulicą. Drugi projekt zakłada poszerzenie światła bramy do szerokości 5 metrów. To pozwoliłoby na ruch wahadłowy. Trzecia koncepcja natomiast zakłada drogę o obecnej szerokości 7 m, zaś nadbudowana brama tylko stylem przypominałaby przedwojenny obiekt.
Jeśli Niemcy potrafili bramę rozebrać, to my powinniśmy potrafić ją odbudować, bez spierania się o szczegóły. Brama powinna przypominać oryginalną, sprzed wojny . Parafia zleciła wykonanie ekspertyzy mikologicznej na pozostałościach bramy. Wyniki są dobre, że nie trzeba rozbierać murów. Można je tylko odgrzybić i położyć tynki. W takiej sytuacji ratuje się wszystko, co jest oryginalne. Odbudowuje tylko te części, których nie ma – powiedział proboszcz parafii św. Stanisława..
Koszt potrzebny to ok. 3 mln zł na odbudowę bramy.
7.06.2017r.

Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic

foto 1. Spotkanie z okazji odbudowy, foto 2. Moja wizja odbudowy "dzwonnicy", urwane kolumny na pamiątkę wyburzenia.
Dodał:  ajan dnia czerwiec 07 2017 05:17:10         0 Komentarzy · 146 Czytań · Drukuj
 
 
Maciejowice k/ Krzeska- historia z września 1939 roku.
Image and video hosting by TinyPic Na foto Władysława Moch-Baranowska. List z Wrocławia."Proszę się nie zdziwić ,że to właśnie do Pana zwracam się z moją prośbą. Otóż moja osiemdziesięciopięcioletnia Mama Władysława podczas ewakuacji rodzin pracowników Fabryki Wagon z Ostrowa Wlkp. 4-go września 1939 r. po zbombardowaniu pociągu wraz ze swoimi dwiema siostrami znalazła schronienie w domu pana Józefa Grochowskiego z Maciejowic.Bardzo serdecznie i po matczynemu opiekowała się nimi córka gospodarza pani Genia,która zabierała je do kościoła w Krzesku o którym Mama bardzo ciepło opowiada opisując piękno tego kościoła. Przez półtora miesiąca pobytu w rodzinie państwa Grochowskich doznały wiele serdeczności i dobroci od pani Geni, jej braci Zygmunta i Kostka a przede wszystkim od Pana Józefa Grochowskiego . Zapewne nie ma ich już dzisiaj między żywymi.Może są pochowani na cmentarzu w Krzesku ? Czy Pan urodzony właśnie w Krzesku interesując się historią swojej rodziny przy okazji zasłyszał od starszych krewnych jakie losy spotkały tą rodzinę po wojnie".
K. Baranowska.
Dodał:  ajan dnia kwiecień 28 2017 14:59:19         Czytaj więcej · 0 Komentarzy · 187 Czytań · Drukuj
 
 
Krzesk- Królowa Niwa w środku Europy.
Image and video hosting by TinyPic Image and video hosting by TinyPic

Jako ciekawostkę należy dodać fakt , jeżeli na mapie przeprowadzimy proste linie przez punkty najdalej wysunięte w Europie to Krzesk znajduje się na przecięciu tych linii (środek Europy).
I co jest jeszcze ciekawsze, że podobne skrzyżowanie prostych linii, łączących najdalej wysunięte punkty graniczne państwa Polskiego z przed II Wojny Światowej tez przecinają się w Krzesku.
Więc w Krzesku powinno się postawić znacznej wielkości obelisk z odpowiednim napisem i płaskorzeźbą mapy Europy (kontur) z przecinającymi się liniami zaznaczonymi przecięcie się ich (środek Europy).
Dodał:  ajan dnia kwiecień 25 2017 13:58:12         Czytaj więcej · 0 Komentarzy · 166 Czytań · Drukuj
 
 
Historia Starego Krzeska
Biogram Lucjana Staszewskiego ze Starego Krzeska.

STASZEWSKI LUCJAN – syn Antoniego i Rozalii, pochodzenia robotniczego, urodził się 16 listopada 1901r. w Krzesku pow. Siedleckiego. Od 1 września 1918 r. do czerwca 1923 r. był uczniem Państwowego Seminarium Nauczycielskiego w Siedlcach. Był jednym z grona dwunastu pierwszych maturzystów tego siedleckiego zakładu kształcenia nauczycieli. Po dwóch latach nauki, uzyskawszy promocję z kursu drugiego do trzeciego, w lipcu 1920r. wraz z dwoma kolegami – Stanisławem Bareją i Leszkiem Wysokińskim zgłosił się ochotniczo do wojska do 205 Pułku Piechoty w Brześciu.. Stamtąd przeniesiono ich do Warszawy na przeszkolenie. Posługiwali się bronią francuską. Ze stolicy wysłano ich na front za Ostrołękę. Wobec przewarzających sił wroga stale cofali się, staczają szereg walk i potyczek. 15 sierpnia armia polska rozpoczęła kontrofensywę i wtedy pod Przewodowem Lucjan Staszewski został ranny w głowę, stracił dużo krwi i dopiero po kilku godzinach sanitariusze zabrali go z pola bitwy. Początkowo przebywał w szpitalu w Błoniu, później w Łowiczu, gdzie w żeńskim gimnazjum zorganizowano szpital wojskowy. Po przebytej operacji przebywał tam do 20 października 1920r. po wydaniu przez władze państwowe zarządzenia o zwolnieniu uczniów i studentów do cywila wrócił do Siedlec, by kontynuować naukę w seminarium. Od 1 września 1926r. do 1 sierpnia 1969r. był kierownikiem Szkoły Podstawowej w Starym Krzesku pow. Siedleckiego. 1 września 1969r. przeszedł na emeryturę po 46 latach pracy w zawodzie. W latach dwudziestych ukończył wakacyjny kurs pedagogiczny w Wejherowie, później polonistyczny kurs w Siedlcach oraz wakacyjny kurs ogrodniczo-pszczelarski dla nauczycieli w Ursynowie. W czasie okupacji brał udział w tajnym nauczaniu. Pracując w jawnej szkole uczył tajnie historii i geografii Polski. Zawsze udzielał się społecznie – przez szereg kadencji był radnym w gminie Królowa Niwa, ławnikiem Sadu Powiatowego, inspektorem i kuratorem dla nieletnich, przewodniczącym gminnego Frontu Jedności Narodu, prowadził kursy dla analfabetów, był współtwórcą Domu Ludowego w Starym Krzesku , propagatorem i społecznym instruktorem pszczelarstwa. Do ZNP należał od rozpoczęcia pracy w zawodzie tzn. od roku 1923 do końca życia. Wspomina, że inspektorami szkolnymi w Siedlcach w okresie przedwojennym byli m.in. Łukaszewicz, Nowak, Mitak, Górski, Sabat. Zmarł 29 lipca 2001r. Pochowany na Cmentarzu Centralnym w Siedlcach. Posiada następujące odznaczenia:
- Złoty Krzyż Zasługi – 1975r.
- Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski – 1984r.
- Krzyż Obrońców Ojczyzny 1918-1921 – 1984r.
- Medal Komisji Edukacji Narodowej – 1981r.
- Odznakę ZNP-TON – 1985r.
- Złotą Odznakę ZNP – 1975r.

Image and video hosting by TinyPic
Dodał:  ajan dnia październik 14 2016 10:24:56         0 Komentarzy · 365 Czytań · Drukuj
 
 
Zalinkuj stronę Krzeska Królowa Niwa.
"Na samym wschodzie parafii Zbuczyn, tam gdzie styka się ona z sąsiednią parafią międzyrzecką, przy drodze zwanej od dawna Traktem Brzeskim, leży osada. Jeśli chcecie kiedyś rozpoznać bez pudła pochodzenie kogoś, skłońcie go do próby szyboletu. Niech po prostu powie słowo "Krzesk".
Naprawdę zdumiewające jest zdać sobie sprawę, że można było kiedyś, dawno bo dawno, spędzić całe życie w jednym miejscu. Co temu miejscu do stolic? Co temu miejscu do małych nawet miast? Jedna wiejska droga, prosta jak droga światła w pustce, dwukilometrowa smużka wśród pól, a po obu jej stronach zabudowania. Tylko tyle. Na jej przejście wystarcza półgodzinny spacer, poczynając od styku z traktem Brzeskim, a kończąc nagle w polu, w kępie drzew. Miejsce to nazywa się przepięknie, to jedyny w swoim rodzaju eponim "Krzesk- Królowa Niwa".
Napisał Krzysztof Pawlak(cytat z Sagi rodu Pawlaków)

Link"Czas ucieka, wieczność czeka..."

Kod do strony Krzeska



Polecam strony www.

Polinów - dawny folwark królewski miasta Łosice ( Kobylińscy z Łosic są spokrewnieni z rodziną Drelowców i Starzyńskich z Krzeska Królowa Niwa).Jest to serwis regionalno-historyczno-rodzinny, prezentujący królewski majątek Polinów (znany dawniej jako "Dobra ziemskie Konarzewszczyzna i Skolimowszczyzna" (Konarzewszczyzna-Skolimów) lub "Folwark miasta Łosice") oraz burzliwe dzieje jego mieszkańców.

Polecam stronę Andrzeja Boczka z Dziewul: Dziewule 1441-1933(Rodzina Pawlaków z Dziewul ma korzenie z Krzesku Królowa Niwa). Wieś Dziewule leży w połowie linii kolejowej łączącej Siedlce z Łukowem. Obszar ten od najdawniejszych czasów stanowił północną część historycznej ziemi łukowskiej. Na terenie wsi oraz w jej najbliższej okolicy nie przeprowadzano badań archeologicznych, dlatego trudno jest cokolwiek powiedzieć na temat pradziejów tego rejonu.

Stowarzyszenie Krusznia Suwalszczyzna jest to bardzo przyjazny link i zarazem ciekawy Biuletyn Bandy Krusznia, którego członkiem jest osoba wywodząca się z rodziny Cisaków z Krzeska Królowa Niwa.
Dodał:  ajan dnia sierpień 05 2016 23:08:00         0 Komentarzy · 452 Czytań · Drukuj
 
Strona 1 z 3 1 2 3 >
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

JOANNA

Szanowny Panie.Jestem wnuczką Władysława i Jadwigi Starzyńskich,córką Ligii Soćko z domu Starzyńskiej.Pragnę sprostować, że moja mama miała na imię Ligia anie Lidia jak Pan napisał w swoim opracowaniu

ajan

To prawdziwa uczta dla oczu, zobaczyć takie perełki, nie wspominając o walorze sentymentalnym. Baaaardzo Ci za to dziękuję, że jesteś otwarty, że potrafisz się dzielić, że dostarczasz ludziom pozytyw

ajan

Wywodzę się z rodu, którego gniazdem, przynajmniej od 200 lat jest Krzesk. Mój dziad urodził się w Krzesku. Pracuję nad genealogią Pawlaków krzeskich. Może więc przyszedł czas i na Krzesk? Krzysztof

ajan

Witaj Janku ! Tu Ela Ginalska z domu - obecnie Niestryjewska . Mieszkam w Gdańsku - dzisiaj weszłam na stronę Krzeska i jestem zadowolona ,że coś takiego istnieje . Super moje gratulacje.

Piotrek

Witam Panie Janie. Od dłuższego czasu przeglądam Pana stronę.Najbardziej interesuje mnie historia pałacu w Krzesku, dlatego prosiłbym o większą ilość archiwalnych zdjęć. Wiem też że zdjęcia takie posi

niullak

Witam! Poznawanie historii przodków to wciągające zajęcie. I bardzo pouczające. Dlatego z chęcią dowiemy się więcej o naszej rodzinie z Kośmidrów smiley

johns37

Witam Pana Panie Janie!! Napewno Pan mnie nie pamieta i nie kojarzy z nikim. Ja Pana znam jako nauczyciela samochodówki, odo której w latach 70 uczęszczałem oraz widuję czesto Pana na spotkaniach Kl



668,455 Unikalnych wizyt

Powered by PHP-Fusion copyright © 2003-2006 by Nick Jones.
Released as free software under the terms of the GNU/GPL license.
 

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie